Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy - Magazyn Kaszuby
Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 9
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Nowa Huta – Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy

Nowa Huta – Porzecze, 25-26 kwietnia 2018

***

Autobus

Czeka już na dworcu w Kartuzach. Nie wiem, czy kupić bilet do Mirachowa czy do Nowej Huty. Nie zdążyłem zrobić zakupów, jakiegoś żarcia, tradycyjnej już podczas wanogi – ćwiartki. Pytam więc pań na przodzie autobusu.

– Czy w Nowej Hucie jest sklep?

– Nie wiemy, ale tam z tyłu autobusu jest pani z Nowej Huty, będzie wiedzieć.

Pani z tyłu autobusu siedzi w towarzystwie innej pani.

– Przepraszam, czy w Nowej Hucie jest sklep?

Pani z Nowej Huty jest zaskoczona pytaniem. Inna pani spieszy z pomocą. Powtarza pytanie, z tym, że po kaszubsku.

– Jo, je skłôd.

Nowa Huta

Mało wiejska nazwa wsi. Kojarzy się z przemysłem, pięciolatkami, industrializacją, wreszcie: okolicami Krakowa. Na Kaszubach różnych „hut” jest pełno, jakby Stwórca wziął garść i rozsypał je na mapie. Co to za huty?

Na początku szesnastego wieku kartuzi sprowadzają nowych mieszkańców, Niemców wyznania protestanckiego. Ci zaś wycinają puszcze i zakładają przydomowe zakłady produkcyjne. Opalane drewnem, którego jeszcze wtedy jest tu pod dostatkiem. Podobnie zresztą jak i piasku. Jak grzyby po deszczu powstają huty szkła.

Czy to wszystko dotyczy Nowej Huty, przez którą teraz przechodzę zaopatrzywszy się w sklepie? Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z 1664 roku, gdy lustrowano dobra mirachowskie po Potopie Szwedzkim. Stwierdzono wówczas, że na tych terenach wcześniej były huty, ale teraz (1664 rok) już ich nie ma, a zamieszkuje tu ludność rolnicza.

Najwyraźniej osadnicy z szesnastego wieku przez około sto lat zajmowali się produkcją szkła, potem opuścili te ziemie, przyszli nowi, ale już rolnicy. Tradycja hutnictwa przetrwała tylko w nazwach kaszubskich miejscowości: Chylowa Huta, Starkowa Huta, Fustpeterowa Huta, Egiertowska Huta, Kapelowa Huta, Grabowska Huta, Sycowa Huta, Jeleńska Huta, Sierakowska Huta, Stężycka Huta, Pomieczyńska Huta – i wiele innych.

Jezioro Kamienne, Diabelski Kamień

Zwane też Mirachowską Świtezią. Jezioro owiane legendami, w tym jedną, główną – o Purtku, co nie zdążył przed pianiem koguta zbudować grobli, i porzucił tu głaz. Głaz jest pomnikiem przyrody. Turyści zwykli się na niego wdrapywać, szurając butami po gładkiej powierzchni. Grunt to mieć fajną fotkę – znak naszych czasów. A jeśli jest coś, na co można wleźć, to dlaczego nie włazić?

Pomnik przyrody to nie tyle kamień, co delikatne, chronione porosty na jego powierzchni.

I nie ma tabliczki: „Proszę nie włazić”. A przydałaby się. Nie każdy musi wiedzieć, że te porosty są takie cenne.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy

Diabelski Kamień w Nowej Hucie. Pozostałość po Purtku porośnięta porostami. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Mapa

Zapomniałem wziąć ze sobą mapę. Zorientowałem się dopiero w autobusie, została w pokoju na stole, razem z kompasem. Jestem więc teraz zdany na Google Maps.

Co za komfort! Doskonale wiem, gdzie akurat się znajduję, aplikacja karmi mnie tą wiedzą do syta. Nie muszę się rozglądać, szukać punktów orientacyjnych, zastanawiać się czy to jest to skrzyżowanie, czy inne, czy już minąłem rezerwat. Jaki rezerwat? Na Google Maps nie ma żadnego rezerwatu, żadnego szlaku, nie ma nic poza enigmatyczną zielenią lasu wokół, jest za to kropka, która się przesuwa, gdy idę.

Łapię się na tym, że idę wpatrzony w ekran smartfona. I chociaż wiem dokładnie, gdzie jestem (tam gdzie kropka), to przecież kompletnie nie wiem, gdzie jestem. Co to za rezerwat? Co to za wybudowanie? Co to za oczko wodne, jakiś wąwóz?

Liczy się, gdzie JA jestem. To, co wokół, nieważne. Znak czasów?

Listonosz

Wybudowania Strzepcza. Żegnam Puszczę Mirachowską z jej wszystkimi duchami. Na do widzenia spostrzegam stracha na wróble, który dumnie nosi bluzę z napisem: Poczta Polska. Firmowe ubranie okazało się już ludziom niepotrzebne, oddano jest strażnikowi grządek. Zamiast byle jakiego łachmaniarza – osoba, co by nie patrzeć, urzędowa.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 1

Strzepcz Wybudowania. Listonosz pilnujący grządek. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Szkoła

Głodnica. Ceglany budynek z 1902 roku, na tabliczce informującej, że mieści się tu szkoła, jest również napis: Ośrodek Edukacji Kaszubskiej, a także: Akademia Głodnica.

Na piętrze w dwóch salach akurat trwają lekcje. Pani nauczycielka szykuje kawę, Witold Bobrowski zszedł na dół, do swojego mieszkania, poszukać dla mnie jakiejś mapy.

Uczy się tu czternaścioro dzieci w klasach od jeden do sześć. Ale dzisiaj dwójki nie ma, pojechały na konkurs Rodnej Mowy (konkurs recytatorski – dzieci mówią wiersze po kaszubsku). Drzwi do sal są otwarte, dość swobodna atmosfera, choć – trzeba przyznać, dzieciaki nie biegają, tylko siedzą grzecznie w ławkach nad podręcznikami.

Raz po raz pytają nauczycieli: a kim jest ten pan, co przyszedł?

Pani nie bardzo wie, co odpowiedzieć, nic dziwnego, bo co ma powiedzieć? Że niby włóczęgą? Pan Witek mówi: “to pan redaktor”, ale chyba niewiele to dzieciom wyjaśnia. Ot, po prostu przyszedł taki pan z plecakiem, i już. Siedzi teraz sobie na kanapie i pije kawę.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 2

Szkoła w Głodnicy. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 3

Szkoła w Głodnicy. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Ojczyzna

Witold wraca z mapą. Jak mówi, przed laty przyjechał na Kaszuby, choć z pochodzenia jest Kaszubą. Jego ojciec wyjechał z Gdańska po wojnie, w Limanowej na Podkarpaciu budował fabrykę – Zakład Przetwórstwa Drzewnego. Ożenił się z Góralką. Witek w domu po kaszubsku nie mówił. Ale jak przyjeżdżał do rodziny, na wakacje, nie było innej opcji. Dziadek, kuzyni, wszyscy mówili niemiecku i kaszubsku.

Pan Witold wyjechał z gór po śmierci rodziców, trafił do Kartuz w 1980 roku. Tu robił za „kaowca”. To był ugór – tak mówi. W Limanowej było z siedem zespołów folklorystycznych, tu na Kaszubach – żadnego.

Rok 1991. Pan Witek zakłada pierwszą szkołę z językiem kaszubskim. Dziś tego języka uczy się prawie 40 tys. dzieci, wtedy – tylko tutaj, w Głodnicy. Niepozorny budynek, w maleńkiej wsi, w którym siedzimy, tu wszystko się zaczęło.

Miejscowi mówili: “a po co dzieciom kaszubski? Lepiej niech się angielskiego uczą”. Był jeden taki człowiek, we Władysławowie, co słał listy, pisał do gazet, że to separatyzm, antypolska inicjatywa. Pan Witek jeszcze ma artykuły tego pana, zachował je sobie.

Potem placówkę zlikwidowali („bo za droga”), więc trzeba było szybko założyć tutaj szkołę społeczną. Mnóstwo anegdot, jak to wszystko się tworzyło, jak trzeba było załatwiać „sanepidy” i inne formalności. Zakładanie i prowadzenie szkoły w opowieści Witka to jakaś fascynująca przygoda. Coś jak gra w chowanego, a może w szachy, z urzędnikami, samorządowcami, ministrami.

Dzisiaj Stowarzyszenie „Akademia Głodnica” prowadzi trzy małe wiejskie szkoły. To dowód, że można je utrzymać z subwencji, nie trzeba ich zamykać. Rodzice nie płacą, subwencja powiększona z tytułu nauki języka kaszubskiego jakoś wystarcza na pensje dla nauczycieli. A jak coś zostanie, to się „włoży” w stary budynek.

Witold w Nowej Polsce był radnym sejmiku, dziś jest znanym w środowisku regionalistą kaszubskim. Zakładał organizację “Kaszubska Jednota”, która zrzesza osoby narodowości kaszubskiej. Nie chodzi w tym przypadku o tożsamość, przywiązanie do regionalizmu… itd. Chodzi o coś więcej. O narodowość.

Gdy wspomina o swoim przyjeździe przed laty z Limanowej do Kartuz, mówi: “wróciłem do Ojczyzny”.

Ułańska fantazja

Witold Bobrowski. Bardzo charakterystyczna postać. Ubrany zawsze po wojskowemu. Nosi rogatywki albo furażerki. Z wąsem wygląda jak przedwojenny oficer. Albo – jak dziś w wojskowym polarze i bojówkach, jak specjals – weteran.

Sprowadza na dół, do najbardziej reprezentatywnej sali w szkole. Bardzo tu… kaszubsko. Zaraz potem pokazuje swoje niewielkie mieszkanie. Człowiek czuje się trochę jak w skansenie. Nad łóżkiem dwie skrzyżowanie szable. Mnóstwo książek. Mieszkanie „szkólnego”.

Kawa dopita, uścisk dłoni, kije w dłoń, garb na plecy. Pan Witek zawsze obdarowuje książkami swoich gości, ale nie tym razem.

– Bo byś musiał to nosić – spogląda na plecak.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 9

Witold Bobrowski. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Teologia i dendrologia

Gdzieś między Głodnicą a Tłuczewem. Krzyż przydrożny, tak stary, że trzeba było od tyłu wesprzeć go deską przybitą gwoździami do dwóch dębów. Jezus wisi na krzyżu przybity gwoździami, innymi gwoździami przybity krzyż wspiera się o deskę, a deska o dęby, dęby są mocne i same stoją, nie muszą się wspierać już o nic. Cała konstrukcja wzniesiona ku chwale Pana przez ludzi wydaje się być marna, licha i zmurszała. A drzewa dźwigają swój krzyż bez najmniejszego wysiłku. Teologiczno-dendrologiczna symbioza.

Tymczasem chmury gęstnieją i zaczyna kropić.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 5

Między Głodnicą a Tłuczewem. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Nadgryziona Pólnica

Tłuczewo, wioska zachowała dawny układ urbanistyczny. Nietrudno się domyślić, że była to osada młynarza. Most na Łebie. Szum, warkot jakiś taki. Woda porusza kołem, elektrownia. Pani w sklepie mówi, że to szwagra turbina, ale „niewiele daje”. Bułka z pasztetem na ławce pod sklepem. A potem Pólnica.

Pólnica – moja ulubiona postać z bestiariusza kaszubskiego. Znana jest z tego, że na golasa, w samym wianku na głowie, urządza sobie konne przejażdżki po miedzach, doglądając plonów. Dba o to, żeby były obfite. A piękna jest niezmiernie… Niby to dobry duch, choć przecież niebezpieczny. Bo jak jaki chłop spojrzy na Pólnicę, to przepadł. Uschnie z miłości do niej, a ona nie będzie w stanie odwzajemnić uczucia.

Patrzę odważnie na drewnianą Pólnicę stojącą bezwstydnie obok placu zabaw.

Niestety, prawa tylna noga konia, na którym siedzi Pólnica, jest nadgryziona, prawdopodobnie zębem czasu. Jeszcze rok, dwa, i Pólnica runie w dół, na zadbany plac zabaw.

Za Tłuczewem wychodzi słońce. Koniec deszczów i chmur. Teraz będzie pięknie, tak mówi aplikacja w telefonie.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 6

Pólnica w Tłuczewie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Demon burzy

Słońce świeci. Mijam Osiek. Na drodze stoi i spogląda raz w niebo, raz na mnie, niski człowiek w brudno-niebieskiej kufajce z logiem PKP. W ręku trzyma jakąś witkę.

Przygląda mi się ciekawie. Jak prawie wszyscy, gdy przechodzę przez wioskę taką jak ta – małą, zagubioną gdzieś między lasami i polami.

– Dzień dobry – mówię w swoim zwyczaju.

– Dobri dzéń – odpowiada w swoim języku. I mówi coś dalej , nie przestaje, mijam go, on mówi i mówi, ja nic z tego nie rozumiem. Przystaję, nie chcę być niegrzeczny i przyglądam mu się, kiedy tak mówi i mówi. Ma czarne, szpakowate włosy, jest młodszy niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Może dobiega pięćdziesiątki. Ma dziwne oczy, stalowe takie. Bacznie się przypatruje, ale jakby niewidzącym wzrokiem. Ogólnie sprawia dziwne wrażenie. Stoję i patrzę.

Mówi po kaszubsku coś o burzy, że deszcz i wiater, i drzewa połamane. Wychwytuję pojedyncze słowa. Że niebezpiecznie tak z namiotem. Że niebezpiecznie, bo będzie burza.

– A co, zapowiadali burzę?

– Nie – gwałtownie zaprzecza, i dalej coś mówi, nie bardzo rozumiem, że burza będzie, i że niebezpiecznie.

Jakoś zbywam go słowami że sobie poradzę, i udaje mi się w miarę grzecznie pójść sobie w swoją stronę.

Śmieję się z niego w duchu. Jaka burza? Aplikacja mówi, że ma się teraz przejaśniać, słońce świeci, ani jednej większej chmurki. Dziadek wioskowy sobie wymyślił. Gadał, żeby gadać, głupoty.

Nie minęło pięć minut, kiedy zagrzmiało po raz pierwszy.

Ptaki nagle ucichły.

Zagrzmiało po raz drugi. Nie wiadomo skąd, nagle zrobiło się szaro od chmur, jakby ktoś zamienił je na brudne szmaty.

Zagrzmiało i lunęło. A ja zacząłem się zastanawiać, czy w panteonie duchów kaszubskich jest jakiś demon odpowiedzialny za burze, i czy czasem nie ma stalowych oczu.

Do schroniska leśnego „Łowców Przygód” w Porzeczu doszedłem zdyszany i zmęczony (pięć kilometrów w godzinę, dla mnie to szybkie tempo), zmoczony do suchej nitki i jakby… skarcony.

Nowa Huta - Porzecze. Listonosz, ułan i demon burzy 8

Leśne Schronisko Łowców Przygód w Porzeczu (dzień później, kiedy wyszło słońce). Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

***

[Fragment książki: Szwajcarya 2017. Kaszuby” Tomasza Słomczyńskiego, która powstaje przy pomocy finansowej Województwa Pomorskiego]

W poszukiwaniu nagrzanej ulicy. Maria Dąbrowska w Kartuzach 1

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły