Harpagan. W pogoni za mężem - Magazyn Kaszuby

Harpagan. W pogoni za mężem

Poprosiliśmy o relacje z HARPAGANA – najważniejszej imprezy biegowo-rowerowej na Kaszubach i jednej z najważniejszych w Polsce. Z naszą prośbą mogliśmy się zwrócić do najbardziej doświadczonych Harpaganów. Zapewne uzyskalibyśmy wiele cennych fachowych, technicznych wskazówek.

Ale nie o to nam chodziło. Postanowiliśmy sprawdzić, czy HARPAGAN jest dla ludzi. Takich zwyczajnych, którym nie chce się wstać o piątej rano, którym przeszkadza deszcz i wiatr, i których boli noga.

Co więcej, postanowiliśmy sprawdzić, czy HARPAGAN jest dla płci pięknej. Ania i Dorota napisały dla nas relacje, z których jasno wynika, że za Harpaganki się nie uważają. Ale czy nimi są? Oceńcie sami.

***

HARAPAGAN CZYLI W POGONI ZA MĘŻEM

ZDJĘCIA I TEKST: ANNA SKURAS

– Jak jedna osoba nawiguje, to ta druga się nie wtrąca! – mówi kategorycznym tonem ON, indywidualista.

– A nie możemy tego po prostu skonsultować? – pyta ONA, bardziej skora do stadnych zachowań.

ONA i ON, małżeństwo z kilkuletnim stażem. Zgodne, dopóki podczas rajdów na nawigację nie zaczynają dyskutować o nawigacji.

ONA, czyli Ania Skuras. Bardziej skora do stadnych zachowań. Fot. archiwum prywatne.

Harpagan, ekstremalny rajd na orientację, wyzwanie dla piechurów, biegaczy i rowerzystów. Trudność leży nie w samej nawigacji, bo ta według starych wyjadaczy, nie jest aż tak skomplikowana, a w dystansie i limicie czasu. Legendarną statuetkę Harpagana otrzymuje się tylko za zebranie wszystkich punktów kontrolnych i ukończenie w czasie jednej z trzech tras: rowerowej, liczącej 200 km, mieszanej, 50 km piechotą + 100 km rowerem lub pieszej, liczącej 100 km. Ja na pierwszy raz wybrałam skromną trasę 100 km. Rowerową, naturalnie. Do towarzyszenia udało mi się namówić męża, który jeden raz brał już udział w tej imprezie.

rowerowy majsterkowicz

ON, indywidualista, czyli Sławek. Naprawia rower swojej żony. Fot. Anna Skuras

Piąta rano, budzik. Myśl pierwsza – po co ja to robię?! Myśl druga – co to za koszmarny ból ucha i gardła? Nie mogę nawet śliny przełknąć… Komunikuję to Sławkowi. Wspaniałomyślnie pyta, czy odpuszczamy. Kątem oka dostrzegam uśmieszek sygnalizujący chęć powrotu do opuszczonego przed chwilą, ciepłego łóżka. Ta nieprzyzwoicie wczesna pora ma zasadniczy wpływ na naszą motywację do działania. Negatywny, jak łatwo się domyślić. Zbieramy się jednak w sobie, pakujemy rowery na dach samochodu i punktualnie o 7.30 meldujemy się w biurze zawodów w Bytowie. Start odbywa się na dziedzińcu bytowskiego zamku.

Pierwszych trzydziestu kilometrów nawet nie zauważyłam. Gonimy przodem, jedzie się świetnie, tempo bardzo dobre. Z odnajdywaniem punktów w terenie też nie mamy, póki co, większego problemu. Ból gardła i ucha odszedł w niepamięć. Chyba adrenalina mnie niesie. Gonię za moim mężem, który na szosie, przy większych wiatrach pokazuje mi, z której jego strony mam jechać, aby najlepiej schować się od wiatru. To tzw. „jazda na kole”. Skąd kolarze mają takiego nosa do wiatru? Dla mnie to subtelne, niewyczuwalne wręcz różnice, a on tu jakieś wskazówki w stylu: schowaj się bardziej po mojej lewej, teraz bardziej po mojej prawej, zrównaj koło z moim tylnym kołem…, i inne tego typu. Widać treningi kolarskie we wczesnej młodości robią swoje. Dla mnie to po prostu tak zwany „wiatr w ryj”, do którego zwykle dochodzą łapiące się w zęby muchy. Na szczęście te jeszcze śpią. W każdym razie, dzięki mojemu znawcy wiatru, na dłuższych otwartych, asfaltowych odcinkach udaje mi się trochę odpocząć „na kole”.

Pierwszy czas na małą odsapkę przynosi awaria mojej nowiutkiej, przedniej manetki do zmiany biegów. Nowy XT-ek blokuje przerzutkę na największej tarczy z przodu. Jadę przez dziesięć kilometrów w terenie i w lesie, korzystając tylko z tylnych przełożeń. No, lekko nie było… Każdy podjazd na stojąco, a pokonywanie przeszkód terenowych tylko z rozpędu. W końcu się buntuję, wiedząc, że jadąc na tak twardych przełożeniach w krótkim czasie się „zajadę”. Sławek bierze imbusy w dłoń i zmienia położenie przedniej przerzutki na środkową tarczę, blokując ją na sztywno. Uff… znacznie lepiej, ale straciliśmy na tę naprawę parę cennych chwil.

Jesteśmy po osiemdziesięciu kilometrach, nogi już solidnie odczuwają każdy podjazd, ale trzeba jechać dalej. W tak zwanym biegu pochłaniamy po żelu energetycznym, zapijając to świństwo wodą. Po kilkunastu minutach zaczynam jechać żwawiej – na jakiś czas pomoże. Co jest dla mnie największym bólem podczas Harpagana? Nie ma czasu na kawę!

Trochę pogubiliśmy się przy jednym punkcie, bo nikt nie skupił się na sprawdzaniu odległości – typowy błąd – i skręcamy w drogę za wcześnie. Krążymy, jeździmy po lesie, szukamy jakichś punktów charakterystycznych, po których moglibyśmy się zorientować gdzie dokładnie jesteśmy. Trafiamy na spore leśne jeziorko, jest na tyle duże, że musi być odwzorowane na mapie. Udaje nam się zlokalizować dokładne położenie i w końcu trafiamy na nasz punkt. Trzeba tu przyznać organizatorom – punkty kontrolne były usytuowane w tak pięknych miejscach, że chciało się tam zostać na dłużej. Widoczki, jeziorka, uroczyska, malownicze polanki. Straszna szkoda, że my w takim pośpiechu. I tak Sławek będzie mi później wytykał, że na wszystko „miałam czas” – a to pogadać z obsługą punktów, a to zatrzymać się na zdjęcie, a to się przebrać, poprawić kask, za długo patrzeć na mapę… Nawiasem mówiąc ze zdjęć nic nie wyszło, bo aparat się zepsuł.

Mój mąż ma za to ciągoty do kreatywnych rozwiązań, jeśli chodzi o wybór trasy. Z tego powodu zdarzyło nam się dojeżdżać do punktów z zupełnie innej strony niż cała reszta zawodników. Zdarzało się, że ta jego kreatywność wymagała również przepychania roweru przez chaszcze.

Napieram więc przez zielsko do przodu, w myślach przekleństwa cisną mi się na usta, kiedy po raz kolejny drapią mnie jakieś krzaczory, a niemalże tropikalne liany wkręcają się w koła. Teraz, po stu kilometrach, nie dość, że z wysiłkiem sama siebie przekonuję do jazdy NA rowerze, to jeszcze muszę się przedzierać, przenosić rower, przeskakiwać jakieś cieki wodne i pokonywać bagienka z rowerem pod pachą. Mam wrażenie, że mój rower waży już chyba tonę! I chwileczkę, przecież to rower ma ”nosić” mnie, a nie na odwrót!

Na dwadzieścia kilometrów przed metą, kiedy sposób dotarcia do ostatniego punktu kontrolnego rodzi kolejną burzliwą dyskusję między nami, postanawiam, że najlepiej będzie, jak każde z nas pojedzie swoją drogą. Rozdzielamy się. To typowy początek każdego horroru… I tak mniej więcej zaczął się mój horror – droga, która na mapie była zachęcającą grubą, czarną krechą, okazała się w rzeczywistości szeroka i przejezdna, ale chyba tylko dla traktorów. Góra-dół, góra-dół, usłana dużymi, luźnymi kamieniami. Po pokonaniu dotychczasowego dystansu, te pięć wyboistych kilometrów doświadczyło moje nogi bezlitośnie. Dodatkowo, od tego „trzęsienia ziemi” odkręciła mi się śruba od błotnika i już do końca rajdu zwisał on nędznie z tylnego koła.

Pada. Co ja mówię, leje jak z cebra! Myśl o przeciwdeszczowej kurtce, którą mam dosłownie na wyciągnięcie ręki, uporczywie wkurza. Do Bytowa jeszcze ostatnie 8 km, na postój nie ma czasu, a w biegu nie potrafię się ubrać. Moknę więc do suchej nitki. Ale cel jest tak blisko, że nie czuję już zmęczenia, ulewa paradoksalnie też dodaje mi skrzydeł. Dwóch rowerzystów udaje mi się jeszcze wyprzedzić. Jeden rzuca przekleństwo, kiedy po wjechaniu w sporą kałużę cały się zachlapał. Zastanawiam się, jak wyglądałyby statystyki przekleństw na takim rajdzie. Ile to razy padały z ust zawodników niecenzuralne słowa. Na przykład, kiedy jedziemy tak głębokim piachem, że grzęznę w nim po przerzutkę, co przekręcenie korby walczę o równowagę, a ślad, który za sobą zostawiam wije się jak wąż. O nie, czy oni nie mają litości?! Czy naprawdę nie mogli tej trasy poprowadzić jakoś inaczej. „Oni”, czyli organizatorzy i budowniczowie tras, tzw. „orgi”. Chyba ogry! – myślę sobie. Choć nie, w końcu Shrek i jego spółka to sami poczciwcy, a ci tutaj to zwykli krwiopijcy, za grosz przyzwoitości, żeby tak ludziom życie utrudniać! Z drugiej strony, to my sami wyznaczamy sobie, w jaki sposób i jaką drogą chcemy do punktu dotrzeć… Takie myśli pojawiają się w głowie bardzo zmęczonego zawodnika. Korzystanie z „łaciny” ma mimo wszystko wydźwięk tylko żartobliwy, z delikatnym posmakiem sportowej złości, bo wszyscy przeklinający, prawie na pewno pojawią się na starcie kolejnego rajdu.

Wpadam na metę zmęczona, ale szczęśliwa. Czeka tam już Sławek z triumfującą miną. Gratuluje mi „pomysłowości” i przynosi gorącą herbatę z sokiem.

Koniec końców okazuje się, że to Sławek miał ten dobry pomysł. On zbiera komplet punktów i na mecie jest jeszcze przed czasem, a mnie podróż wytrząsaczem kosztuje tyle czasu, że nie zdążam do ostatniego punktu i, co gorsza, spóźniam się 6 minut na metę. Tym samym żegnam się z trzecim miejscem w damskiej kategorii…

Już po wszystkim.

Herbata, którą przyniósł mi Sławek, smakuje jak nigdy.

Deszcz dalej nas moczy.

Uśmiech nie schodzi mi z twarzy.

Dane z licznika: Ilość przejechanych kilometrów – 133, Czas jazdy – 7 godzin 35 minut.

***

TAKI ZE MNIE HARPAGAN

ZDJĘCIA I TEKST: DOROTA JANKOWSKA

Pisząc ten artykuł w dzień po rajdzie, mogę stwierdzić, że moje emocje i podejście w czasie trwania tej „wycieczki” świetnie odzwierciedla satyryczna, pięciominutowa opowieść pt. „Mały domek w Karkonoszach”. Jest do odsłuchania na serwisie YouTube, TUTAJ (Uwaga! Nie dla dzieci! Miejscami uszy więdną). Dla mnie ten pierwszy Harpagan to taki mój prywatny „Domek w Karkonoszach”. Tylko zakończenie nie takie dosadne.

Nigdy nie miałam zapędów do tego, żeby testować własną psychikę i wytrzymałość w takich imprezach. Mając jednak w najbliższym otoczeniu grono osób, które regularnie biorą udział w imprezach typu Harpagan, Navigatoria czy Bieg Morskiego Komandosa, zaczęłam się zastanawiać czy by nie sprawdzić, o co im właściwie chodzi… Decyzja zapadła w marcu, zapisaliśmy się na najkrótszą trasę rowerową 50km (TR50), ochrzciliśmy naszą dwuosobową drużynę mianem „siewcy brzóz”, wpłaciliśmy wpisowe i zapomnieliśmy na kilka tygodni o zbliżającym się wydarzeniu. Dodam, że z naszej drużyny tylko ja byłam początkująca, a osobnik numer 2 zalicza się do tych właśnie „Harpaganów” o której wspominałam wyżej.

Na dzień przed planowanym startem przyszykowaliśmy rowery, spakowaliśmy niezbędne rzeczy, tj. zapasowe dętki, pompkę, zestaw kluczy do roweru, napoje izotoniczne, batony, suszone morele oraz pelerynę przeciwdeszczową… Tak, wiem to bardzo pasuje do hardcorowego wizerunku tego rajdu. Kolega Dziubas (to Sławek, który jest mężem Ani, autorki pierwszej relacji – red.) stwierdził z pełną powagą, że on weźmie w takim razie parasolkę.

W dniu startu zameldowaliśmy się w Bytowie na 1,5h przed planowanym rozpoczęciem rywalizacji. Pogoda jak na razie bez zarzutu – w miarę ciepło i słońce. Organizację wydawania numerów startowych, chipów służących do odbijania się na punktach, itp. oceniam naprawdę bardzo dobrze.

Start i meta rajdu znajdowały się na Zamku w Bytowie. Na kilka minut przed godziną „zero” rozdane zostały uczestnikom mapy trasy. Już w tym momencie widać było kto tu przyjechał na ciśnieniu a kto dla zabawy… My należeliśmy oczywiście do tej drugiej grupy uczestników. Pochyliliśmy się niespiesznie nad mapą i zaczęliśmy planować, jak jechać. Punktów Kontrolnych rozrzuconych po mapie było 10 i miały one różną wagę punktową (od 1 do 5). W sumie „odbijając się” na wszystkich Punktach Kontrolnych można było zdobyć 30 punktów do klasyfikacji. Przeświadczeni o wysokim poziomie własnego sprytu, postanowiliśmy przechytrzyć system i podeszliśmy do tematu matematycznie. Przeliczyliśmy wartość PK z górnej połowy mapy i już w tym momencie okazało się, że ten, kto planował trasę wziął to pod uwagę… PK z górnej połowy mapy miały dokładnie taką samą wartość jak te z dolnej… Policzyliśmy zatem jak się mają punkty z prawej połowy mapy do tych z lewej i tutaj matematyka pokazała, że bardziej opłaca się jechać na lewo.

Pełni pozytywnej energii wyruszyliśmy w trasę.

Do punktu nr 8 – Łatwizna

Pojechaliśmy asfaltem do Przyborzyc, gdzie odbiliśmy w polną drogę w prawo, potem koło gospodarstwa, gdzie strasznie śmierdziało gnojem, potem lasek, w lewo i jest punkt. Łatwizna! Lecimy dalej. Jest godzina 10:57.

Do punktu nr 7 – Jesteśmy naprawdę nieźli – wygramy ten rajd!

Wróciliśmy tą samą drogą do asfaltu, którym dojechaliśmy do Grzmiącej, odbiliśmy w lewo przez pola, przez drogę na Borzytuchom 200m i jest kolejny punkt. Ale jesteśmy nieźli! Godzina 11:35.

Do punktu nr 1 – Jesteśmy naprawdę nieźli z małymi wyjątkami….

Z siódemki znów drogami polnymi, bez żadnych pomyłek, dokładnie tak jak chcieliśmy do Dąbrówki Bytowskiej (ale jestem świetnym nawigatorem!) Potem prosto koło starego PGR-u. Droga polna, dawno nieużywana, zarośnięta krzakami, ale co tam – przecież tak świetnie nam idzie! Z mapy wynikało, że punkt znajdował się przy torach, ale w rzeczywistości trochę nie bardzo było widać dróg, które miały do niego prowadzić. Jedna miała być przed laskiem, jedna przez lasek. Wybraliśmy tą przed laskiem, bo bliżej. To był pierwszy poważny, jak się niedługo okazało, brzemienny w skutkach, błąd. Dróżka szybko zniknęła więc się wbiliśmy na zaorane pole. Popularna na Kaszubach 6 klasa gleby nie oznacza nic innego, jak lekko brązowe piaszczysko. Ale co tam, przecież nie będziemy prowadzić rowerów bo nie wypada – przerzutki 1/1 i mielimy przez pole piachu do torów. Na końcu pola totalnie opadłam z sił i przepaliłam mięśnie ud. Potem zaraz po wejściu do lasu gleba i bolesne zbicie prawego uda – już mi wcale nie jest tak super. Punkt znaleźliśmy, odbiliśmy i ruszyliśmy dalej. Była godzina 12.21.

Do punktu nr 9 – Niech ktoś wyłączy ten wiatr!

Wróciliśmy (tym razem już nie przez pole) do Dąbrówki Bytowskiej, skąd asfaltem jechaliśmy do miejscowości Tągowie. Droga byłaby całkiem przyjemna, gdyby nie silny wiatr wiejący prosto w twarz. Nogi mnie bolą, więc tempo mamy mocno średnie. Nasze zwycięstwo stanęło pod znakiem zapytania… Punkt nr 9 usytuowany był przy szutrowej drodze, tuż za torami nad jeziorem. Odbiliśmy się, zjedliśmy kilka moreli, opracowaliśmy plan trasy do kolejnego postoju i ruszyliśmy dalej. Zrobiło się zimno. Jest godzina 13:05, a mi już się nie podoba ta wycieczka.

Do punktu nr 5 – Przebudzenie mocy

Dojechaliśmy do ładnej asfaltowej drogi prowadzącej do Niezabyszewa. Wraz ze zmianą usytuowania kierunku wiatru z wiejącego w twarz na wiejący z boku, wstąpiły we mnie nowe siły (nie na długo, jak się okazało). Uświadomiliśmy sobie, że jeśli chcemy zaliczyć wszystkie punkty to musimy przyspieszyć, więc pedałujemy ostro do Niezabyszewa, potem w prawo asfaltem wśród lasów. Szukamy odpowiedniego wjazdu do lasu i znów się udaje bez problemu odnaleźć Punkt Kontrolny. Mamy zaliczone połowę PK w połowie czasu, więc nadal jest szansa zdobyć komplet. O wygranej już raczej nie myślimy. Godzina13:37.

Do punktu nr 2 – Daleko jeszcze?

Mój chwilowo niezły nastrój prysł w chwili, kiedy trafiliśmy na drogę w rodzaju „plaża” tudzież „piaskownica”, gdzie ciężko było się w ogóle utrzymać na rowerze. Udało się dokopać do asfaltówki a tam co? Wiatr prosto w mordę… A to ci niespodzianka. W Sierżnie wbijamy się znów w pola. Droga do kitu, wiatr hula, słońca nie ma i zrobiło się już całkiem zimno. Ale najgorsze jeszcze przed nami. Za miejscowością Sierżno Wybudowanie nasza trasa została dopiero co „wyrównana” przez maszyny budowlane, więc jedziemy po piachu, kamieniach i mega-wertepach, w kierunku Ugoszczy. Poważnie rozważam wariant pojechania prosto do mety i kij z tym całym Harpaganem. Z Ugoszczy jednak całkiem niedaleko i to w większości asfaltem do punktu nr 2, więc jakoś chyba się dotoczę. Po „odbiciu się” na PK o 14.42 wiemy już na pewno że nie wygramy. Ba! Nawet nie mamy już szans na zdobycie kompletu PK. Jest godzina 14.42.

20160416_132850

Czy ktoś może mnie zabrać do domu? (Fot. Piotr Banasiak)

Do punktu nr 10 – Czy ktoś może mnie zabrać do domu?

Z PK nr 2 ruszamy w kierunku Rabacina. Droga wiedzie przez las, dużo korzeni i kamieni. Boli mnie tyłek. W nosie mam taką zabawę. Trzeba było już wracać do auta, a nie tarabanić się dalej po gównianych, leśnych ścieżkach. Jak zawsze po dojechaniu do asfaltu humor mi się trochę poprawia, więc jedziemy w stronę PK 10. Droga w lesie całkiem niezła i cały czas z górki! Tylko się trochę boję, że będzie trzeba potem wracać pod górę, bo przecież nie ma nic za darmo… Na leśnym skrzyżowaniu, nieopodal miejsca, gdzie powinien znajdować się punkt, ganiał gość z kamerą, więc już wiemy że coś tu jest nie tak. Kręcimy się w te i z powrotem, punktu nigdzie nie widać jednak po chwili wywąchaliśmy ognisko – to musi być gdzieś niedaleko. Pakujemy się zatem przez krzaki prosto w las, zero ścieżki ale jest dym, więc jest OK. Znaleźliśmy punkt. Jestem wykończona. Prowadzę rower z powrotem do drogi pod mega-górę, stromo, krzaki, liści kupa. Nie wiem jak dojadę do mety. Może gość z kamerą mnie zabierze autem? No tak tylko co z rowerem… Godzina 15.22.

Do punktu nr 3 – W d… mam taką zabawę

Zaraz po wygrzebaniu się z krzaków, zaczął padać zapowiadany przez pogodynkę deszcz. Jestem jednak tak zmęczona, że mam to głęboko w poważaniu. Mam focha i nie będę zakładać peleryny przeciwdeszczowej. Będę mokra.

Dotoczyliśmy się do asfaltu w okolicach wioski Czarna Dąbrowa. Stąd już prosta, asfaltowa droga do Bytowa. Ruch jak cholera i deszcz pada, ale w ogóle na to nie zwracam uwagi. Skupiam się na białej linii pobocza i pedałuję, niewiele myśląc, przed siebie. Już nie podziwiam okolicy.

Do Bytowa dojeżdżamy o 15.57. Mamy 33 min do limitu czasu. Do PK 3 jedzie się cały czas asfaltowymi drogami i wygląda, że jest niedaleko, więc jedziemy. No i asfalt faktycznie jest, tylko ile trzeba było pod górę się wdrapywać, to moje. Ostatnią górkę pokonuję „na trzy przystanki”, w tym ostatnie metry prowadzę rower. Taki ze mnie Harpagan. Punkt po dłuższej chwili udało się odbić, teraz prosta droga (z górki!) do Zamku. Godzina 16:11.

META – URAT(D)OWANI!

Na 5 minut przed limitem czasu wjechaliśmy na metę. W nogach mamy 63 km. Jestem mega-zmęczona, więc nie odczuwam jakiejś specjalnej radości, a jedynie ulgę, że to już koniec. Jakiś rycerz gada przez mikrofon i zaczynają się pokazy tańców dawnych. Nie mam siły tego oglądać, chcę usiąść. Idziemy zatem do szkoły, gdzie znajdują się biura oraz stołówka. Oddajemy chipy, jemy makaron z sosem, ciasto i pakujemy się do auta. Humor mam już trochę lepszy, negatywne emocje opadły. Zaczyna mi się nawet podobać. Zajęliśmy 60 i 61 miejsce czyli w okolicach połowy stawki. Jak widać – nie wygraliśmy.

Słowo podsumowania

Czy mi się podobało? Odczucia mam mieszane ale… Chyba tak…? Myślę, że tak jak większość uczestników, szczególnie płci żeńskiej, dokonuję wyboru na sobotę: wylegiwanie się w ciepełku czy ciężka harówka w nieprzewidzianych warunkach atmosferycznych? Co kto lubi.

Czy wystartuję kolejny raz? Myślę, że tak, ale w deszczu i zimnie bym nie chciała ganiać…

Harpagan to generalnie fajna przygoda. Jeżdżenie z mapą po lasach oznacza, że trzeba nie tylko ruszyć nogami ale też mózgownicą. Dodatkowo zwiedza się miejsca, do których nigdy by człowiek nie dotarł. Jest to szczególna frajda, jeśli rajd odbywa się na naszych pięknych Kaszubach!

bytów miasto na kaszubach

Fot. Anna Skuras

 

 

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły