Pocztówki znad morza [MINIATURY REPORTERSKIE] - Magazyn Kaszuby

Pocztówki znad morza [MINIATURY REPORTERSKIE]

Pirat

Zamiata pokład swojego statku. Ma wielkie dłonie, jest otyły i starszawy, a siły z pewnością mu nie brakuje. Wygląda jak gruby pień albo głaz, ruchomy, poruszający miotłą, i to bez wrzucania żadnej monety.  Odkłada miotłę i sięga do wiadra po szmatę. Idzie po pokładzie swojego kutra, a gdy idzie, to jakby się kuter posłusznie kołysał, specjalnie dla niego, w rytm jego kroków. Jak wierny pies. Wierny ale upokorzony.

Podchodzi do plastikowej figury pirata, w rozmiarach jeden do jeden. Pirat jest nieco wyższy od niego, uśmiecha się sztucznie i coraz bardziej błyszcząco. Bo wielki człowiek spoglądając mu prosto w oczy pucuje plastik.

Pirat w zapraszającym geście przywita na pokładzie gości, te wszystkie dzieci i rodziców w klapkach, z wózkami, balonami, lodami i frytkami. Ktoś wynajęty sprawdzi bilety, ktoś inny zadba, by wszyscy zajęli miejsca na pirackim statku. Wtedy już wielki człowiek będzie grzał silniki kutra w sterówce. Przynajmniej ona się nie zmieniła, nawet sonar wskazujący ławice działa i czasem wielki człowiek go włącza. Bez wyraźnego powodu. Tak tylko. Żeby chociaż wiedzieć.

Ręka trzymająca szmatę zastyga na lewym policzku pirata. Człowiek spogląda w niebo. Przypatruje się chmurom, mruży oczy. Jego kuter w przebraniu osiemnastowiecznego żaglowca, oblepiony dekoracjami, zastygł nieruchomo w oczekiwaniu na najmniejszy sygnał,  cień nadziei, że ruszy jeszcze  kiedyś ze swoim panem po rybę.

 

Kolonizatorzy

Jest ich dwoje. Przytargali ze sobą wózeczek na kółkach, taki z którym zwykle chodzą po zakupy do Biedronki. Teraz torba ze skaju, przytwierdzona do ramy wózka, wypełniona jest jednym tylko przedmiotem – parawanem.

Wjeżdżają na plażę, niewielkie kółka zagłębiają się w piasku po osie. Mozolnie, jak wielbłądy przez Saharę, brną w kierunku morza. Nie muszą kluczyć, jeszcze nie ma siódmej, cała plaża, jeszcze dziewicza i nieskolonizowana, należy do nich. Mogą swobodnie wybierać miejsce, co też czynią pogrążając się w ożywionym dyskursie. W końcu udaje im się dojść do porozumienia. Wspólnie wyciągają z wózeczka parawan – ona trzyma torbę, on ciągnie materiał i drewniane paliki do góry.  Na dnie torby, jak się okazuje, spoczywa drewniany młotek. Potem on robi kilka kroków do tyłu. Ze znawstwem spogląda w niebo wskazując dłonią linię na nieboskłonie, drogę, którą ma przed sobą młode jeszcze słońce. Następnie rozkłada ręce na boki. Lewa dłoń wskazuje miejsce na skrajny palik parawanu z jej prawej strony, więc ona, już posłusznie i bez dyskusji, wbija w tym miejscu, drewnianym młotkiem, palik w piasek. Potem to samo dzieje się z palikiem na drugim końcu parawanu, i po chwili – w taki oto sposób, na plaży rozkwita pierwsze półkole, szerokie na kilkanaście metrów. Potem, znowu podejmując merytoryczny spór na argumenty, wyznaczają strefy: do zabawy dla wnuków, do wypoczynku, do spożywania posiłków. Tu będą zakopane napoje, tam będą rozstawione parasole chroniące od słońca. Tu zaś się będą opalać.

Emisariusze wykonali swoją pracę. Dziewiczy teren został zdobyty i oznaczony, a przestrzeń zorganizowana, zgodnie z przykazaniem, by Ziemię czynić sobie poddaną. Nastała cywilizacja. Pozostaje czekać. On spogląda na zegarek, ona pyta, która godzina, on jej odpowiada, ona mówi, że w takim razie mają dobre dwie, a może nawet i trzy godziny, zanim reszta rodziny zje śniadanie i przyjdzie na gotowe.

Ona wyjmuje plastikowa siatkę, wyciąga jajko na twardo i zaczyna obierać.

Wokół, niepostrzeżenie, rozkwitają kolejne parawany.

Pianista

Śpiewa „Małgośkę”, której mówią że on nie jest wart jednej łzy.  Śpiewa to jednak sentymentalnie, jak balladę, wydelikacona taka, niewinna, młoda, nastoletnia, z gitarą. Tekst czyta z komórki ustawionej przed nią na specjalnym stojaku. Wszystko dzieje się na deptaku. Dzisiaj, w sobotę wieczorem ma sporą publiczność, na oko kilkadziesiąt osób, ustawionych szeroko wokół niej. Przepycha się pani z córką, w rozklepanych klapkach, z zawiniątkiem, wraca z plaży, to widać. Szturchając stojących siada na ławce, skąd będzie mogła obserwować śpiewającą niewinność. Otyła, zasapana kobieta wygląda na taką, która najpierw coś zrobi, potem pomyśli, wszystko od razu i nerwowo. Siada i natychmiast wstaje. Na tej samej ławce śpi włóczęga. Nie jest specjalnie brudny, ma na sobie całkiem czyste dresy, czarne klapki, stopy w skarpetach. Przytulił do siebie pękaty plecak, taki zwyczajny, szkolny. Zwiesił nad nim głowę, zamknął oczy, jego pierś unosi się miarowo. Trochę śmierdzi trawionym alkoholem, ale nie bardzo. Nie tak bardzo, żeby nie można było stać pół metra od niego, ale być może za bardzo, żeby pani mogła obok niego siedzieć w spokoju. Dłonie złożył na plecaku. Porusza jedną z nich w rytm muzyki, mimo że z pewnością nie jest świadomy tego co dzieje się wokół. Ale nie porusza całą dłonią, tylko grubymi, pomarańczowymi, przypominającymi grube marchewy paluchami. Ledwo zauważalnie, opuszki czule stykają się z materią plecaka. Leciutko uderza paluch wskazujący, serdeczny, serdeczny, wskazujący, kciuk z serdecznym, dokłada do nich najmniejszą marchewkę jakby odnajdując odpowiednie miejsce nieco powyżej. Wszystko w rytm muzyki. Widocznie taki ma odruch, pewnie został mu od czasów, w których był pianistą.

Dziecko

Siedzi w barze, gdzie gorzała po sześć złotych a piwo po siedem. Wygląda inaczej niż wszyscy, jakby z programu „Chłopaki do wzięcia”. Odstające uszy, twarz jakaś taka szorstka, grubo ciosana i organiczna. Szeroko osadzone oczy. Mimo młodego wieku – na oko przed trzydziestką, jest prawie łysy, rzadkie kosmyki włosów opadają na zbyt wysokie czoło. Wpatruje się w szklankę do połowy wypełnioną piwem. To jest już co najmniej drugie piwo, już jeden raz, przed kwadransem podchodził do baru. Przy stoliku obok niego – dwie panie, jedna w okolicach czterdziestki, druga starsza, wyraźnie zawyżają średnią wieku w lokalu. Robią sobie selfie. Ale nie są zadowolone z efektu. Starsza zwraca się do samotnie siedzącego obok chłopaka do wzięcia. Gdy ten słyszy, że coś do niego mówi, nagle zaczyna się trząść z radości, wymachiwać chudymi jak patyki rękami, aż tyłek mu podskakuje, twarz promienieje, śmieje się w głos, jest tak szczęśliwy jakby wygrał los na loterii, dzięki któremu już nigdy nie będzie samotny i nieszczęśliwy. Kobiety wymieniają się spojrzeniem, porozumiewawczo, bo przecież zaskakujące jest, że tutaj, w środku nocy, spotykają niepełnosprawne intelektualnie dorosłe dziecko. On zaś, spogląda w ekran smartfona, którym przed chwilą zrobił zdjęcie i cieszy się pokazując palcem na ekran i na obie panie. Szczęśliwy wypija jednym haustem resztę piwa i podchodzi do baru ze śmiertelnie poważna miną.

– Podwójną wódkę z sokiem pomarańczowym – mówi niskim basem.

Wyjmuje dwadzieścia złotych, kładzie na barze, chowa trzy złote reszty i wraca na miejsce.

Pań przy stoliku już nie ma. Pospiesznie zabrały się i wyszły.

Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły