Pan Samochodzik i zapomniane miejsca. O skakaniu przez płot i odkrywaniu historii - Magazyn Kaszuby

Pan Samochodzik i zapomniane miejsca. O skakaniu przez płot i odkrywaniu historii

Z Michałem Piotrowskim, jednym z autorów przewodnika “Zapomniane Miejsca. Pomorskie”, rozmawia Tomasz Słomczyński

 

Ile razy, podczas odkrywania „zapomnianych miejsc”, skakałeś przez płot?

Czekaj, niech policzę… Cztery razy. Jak się okazało – niepotrzebnie, bo zawsze dało się obejść płot, gdzieś z tyłu zawsze była jakaś dziura.

Ryzykowałeś pogryzieniem przez spuszczonego psa?

No właśnie jeden z tych skoków skończył się tym, że musieliśmy przez ten sam płot skakać z powrotem, uciekać przed psem. Okazało się że teren już nie jest opuszczony, że ktoś tam zaczął porządki i miał tam psa, który zaczął ujadać, więc nie chcieliśmy się konfrontować z czworonogiem, i szybko wróciliśmy przez płot.

A co z ryzykiem konfrontacji  z ochroniarzem, strażą miejską czy policją?

Odwiedziliśmy około trzysta obiektów, zdarzało nam się spotykać ludzi na miejscu, i zwykle byli bardzo sympatyczni. Jeśli teren do kogoś należał, na przykład – pałacyk był zburzony, ale obok było gospodarstwo, sami pukaliśmy, pytaliśmy czy można wejść i zwiedzić, bo przy okazji dowiadywaliśmy się od miejscowych ciekawych informacji, mogliśmy wysłuchać fajnych historii. Na przykład podjechaliśmy pod jeden pałacyk,  z przodu była zamknięta brama, a my  koniecznie chcieliśmy podejść bliżej. W gospodarstwie obok mieszkał jeden pan, i okazało się że jako dziecko buszował w tym ogrodzie. Pokazał nam, że co prawda z przodu jest płot, ale z tyłu można wejść przez zarwany mostek na rzeczce. Było tam trochę jak w „Zaczarowanym Ogrodzie”, że się wchodzi od tyłu, zarośnięte aleje… To przykład na to, że  lepiej z miejscowymi się zaprzyjaźnić niż kłócić. Inny człowiek opowiadał nam o remoncie, o problemach z tym związanych. A w jeszcze innym miejscu właściciel całego kompleksu folwarcznego, mocno zniszczonego, mówił nam że kupił całość z myślą o działalności rolniczej, i że na to ma pieniądze, ale nie jest księciem, i nie ma kasy na remont i nie zamierza mieszkać w pałacu. Takich historii się wysłuchuje, o zupełnie współczesnych sprawach.

I zawsze było tak bezproblemowo?

Raz nas ochrona szukała.  Ale to nasza wina była. Pojechaliśmy do Żarnowca, i co prawda podchodziliśmy do obiektu od tyłu, od miejsca, w którym ochronie nie chciało się chodzić, ale zamiast sobie połazić i ewentualnie zdjęcia porobić,  puściliśmy drona. Ochroniarze zobaczyli, że im nad budką lata dron i w ślad za dronem przyjechali do nas samochodem, sprawdzić kto się kręci po terenie. A my się schowaliśmy za choinkami.  Przejechali, nie zauważyli nas.  A raz weszliśmy na czynny teren wojskowy. To było w Ustce na poligonie, odbywały się tam jakieś manewry z udziałem VIP-ów. Weszliśmy w miejscu dopuszczonym dla ruchu turystycznego, żeby zobaczyć fragment PRL-owskich, starych baterii nadbrzeżnych. Wracając pomyślałem, że przejdziemy „na szagę” do drogi. Poszliśmy dosłownie dwadzieścia metrów za szlabanem i tabliczką z napisem „wstęp wzbroniony teren wojskowy”. Po prostu omijaliśmy jakieś krzaki, gdybyśmy ominęli jej z lewej strony, nie byłoby sprawy, a my poszliśmy w prawo. Zatrzymali nas ochroniarze i powiedzieli, że nie mogą nas wypuścić, bo się nagraliśmy na kamery, jak wychodzimy z terenu wojskowego. Wezwali żandarmerię wojskową, żołnierze jechali aż ze Słupska, czekaliśmy godzinę, spisali nas, musieliśmy się tłumaczyć.

Ale to absolutnie nie jest tak, że zwiedzając „zapomniane miejsca” poruszasz się na krawędzi prawa. Jeśli budynek jest opuszczony, to po prostu – jest opuszczony i nie ma właścicieli. A jeśli budynek do kogoś należy, to przecież można zagadać, i cię wpuszczą.

We wstępie do przewodnika odwołujecie się do Pana Samochodzika. W książkach Zbigniewa Nienackiego jest wątek kryminalny, sensacyjny – ale jest także background historyczny. To tak jak u was, wasze podróżowanie to przygoda, ale również forma uczenia się historii.

Z tych wszystkich przygód, o których ci opowiadam, z tych wyjazdów, wyłania się historia. Czerpałem z niej garściami, wyszukiwałem kolejnych tropów prowadzących do kolejnych miejsc. Wyszedłem z założenia, że jeśli już wskazujemy dwór, to powiedzmy coś o jego właścicielach, a jak piszemy o menonitach, to powiedzmy także skąd się wzięli i co tu robili… I tak dalej. Wertowałem książki wydawane na przykład przez urzędy gmin w niskich nakładach, to są monografie różnych miejscowości. Okazało się, że to są perełki, skarbnice wiedzy dla takich poszukiwaczy jak ja.

Na szlaku tych podróży nawiązywaliście znajomości?

Po pierwsze – poznawaliśmy ludzi, którzy są właścicielami ruin.  Po drugie – tych, którzy wychowali się obok tych miejsc i opowiadają o swoim dzieciństwie. Po trzecie spotykaliśmy ludzi, którzy również próbują grzebać w lokalnej historii, szukać zapomnianych tropów. To często amatorzy, pasjonaci, ludzie którzy działają w terenie, tworzą profile na Facebooku, poświęcone historii konkretnych miejsc. Poznawaliśmy ich „przy okazji”. To na przykład człowiek, który specjalizuje się w cmentarzach w okolicach Lęborka albo inny, który eksploruje okolice Sztumu, to są różne grupy eksploratorów… Dzięki nim wszystkim historia tych miejsc w gruncie rzeczy nie jest zapominana. To niezwykle otwarci ludzie, którzy bardzo chętnie poświęcają czas, i cieszą się z tego, że ktoś się tym interesuje.  Od nich miałem szczegółowe, szczątkowe informacje, które zebrałem, i potem, gdy to wszystko ze sobą łączyłem, układałem jak puzzle, nagle zaczynała mi się w całość układać historia jakiejś miejscowości czy regionu.  

Korzystać z waszego przewodnika można w dwójnasób. Jedni będą jeździć żeby tylko oglądać sterty kamieni. Inni zaś będą w ten sposób uprawiać turystykę kulturową, historyczną, będą chcieli wiedzieć, skąd się wzięły te kamienie.

Dokładnie tak, i fajne było też to, że kilka razy udało nam się dotrzeć do informacji, która wcześniej nie była znana.  Moja robota (bo Marcin zajmował się głównie zdjęciami)  polegała na tym, że trafiałem na nitkę i próbowałem dojść do kłębka. Pan Samochodzik – czyli pan Tomasz, tropił na miejscu Waldemara Baturę, natomiast ja ślęczałem po nocy w „internetach” żeby sprawdzić, dokąd mnie ta nitka doprowadzi.  I kilkakrotnie udało mi się dotrzeć do informacji, o których nikt wcześniej nie wiedział, nawet miejscowi „szperacze”. Na przykład na dwudziestej piątej stronie wyszukiwarki trafiałem na spisane po niemiecku wspomnienia albo dawne archiwa, spis ludności z roku takiego i takiego.

Podaj przykład takiego odkrycia.

Mały leśny cmentarz w Bąkowie koło Lęborka, po którym już niewiele zostało, a na nim duży wykop, jakby fundament. Skąd ten wykop? Czyżby stała tu kiedyś jakaś kaplica? Ale skąd duża kaplica na małym leśnym cmentarzu? Miejscowy specjalista też nie wiedział. I udało się wyszperać informacje – okazało się, że rzeczywiście stała tu niegdyś duża kaplica, bogata rodzina z Lęborka miała w okolicy dworek, chowali tu zmarłych… Jest cała masa takich historii.

Zgłębiając te historie prawdopodobnie dotknąłeś naszej pomorskiej specyfiki – czasu, w którym jeden świat się kończy, a w jego miejsce przybywa inny, ze wschodu. Mam na myśli lata 1945 – 1947.

To widać wyraźnie zwłaszcza na północy Kaszub, tam gdzie są albo były dworki i pałace. Ich historie są koszmarnie do siebie podobne. Kiedyś były to dobrze zagospodarowane majątki, potem nagle przychodzi 1945 rok, większość właścicieli pakuje się na wozy, części udaje się uciec, innym nie, a jeszcze inni postanawiają zostać i giną z rąk żołnierzy Armii Czerwonej. A potem wszystkie te dworki zamieniane są w PGR-y. Część z nich jest na tyle „twarda” że jest w stanie ten czas przetrwać. Przychodzą lata dziewięćdziesiąte. Na wolnym rynku ktoś je kupuje, ale nie daje rady przerobić na hotel, więc podpala żeby uzyskać odszkodowanie. Ta historia się powtarza w okolicach Słupska, Lęborka, Wejherowa, Pucka i na Żuławach.

Ale nie na Kaszubach Środkowych , Południowych i na Kociewiu.

To też jest ciekawe. Jak robiliśmy mapę „zapomnianych miejsc” na Pomorzu, to zdecydowanie więcej  przybywało na niej punktów na obrzeżach województwa niż w centrum. Między Kościerzyną a Miastkiem ta nasza robocza mapa jest najmniej zagęszczona.

Wokół Kartuz też nie ma zbyt wielu „zapomnianych miejsc”, bo wszystko jest zagospodarowane. „Miejsca zapomniane” to w dużej mierze, efekt wysiedleń, masowych migracji.

Tak, a w centralnej części województwa historia ludzi ma swoją ciągłość, oni tu są od wieków, i można powiedzieć – nie zapominają o swoich miejscach.

Więc wasz przewodnik jest nie tylko „narzędziem” do przeżywania przygód, ale także przyczynkiem do historii Pomorza w XX wieku.

Nie mamy aspiracji żeby się mierzyć z profesjonalnymi historykami, ale myślę, że trochę tak. Chodzi o oto, żeby zatrzymać w czasie i spisać tę historię, która znika na naszych oczach. Jest mur, ale po kawałku on kruszeje, i w końcu zostanie gołe pole. W Igłach była piękna wieś, cmentarz, kaplica grobowa. Dzisiaj wsi nie ma, cmentarz z czasem został zaorany, w szczerym polu otoczona zbożem  stoi zniszczona kaplica. W końcu rolnik zahaczy o nią pługiem i ją też zaora. W swoich poszukiwaniach korzystałem m.in. z książki pana Milewskiego o dworkach napisanej w 1968 roku. Zdecydowanej większości tych dworków już nie ma. Na przykład w Zblewie. Moja babcia miała gospodarstwo w pobliżu, pamiętam jeszcze ten dworek, był tam PGR, i pamiętam też te starsze – przedwojenne historie, że mieszkał tam mason, ubierał się w czarny płaszcz, miał czarnego psa i jeździł na czarnym koniu, więc z pewnością miał kontakt z diabłem… Pojechaliśmy na miejsce, nie ma tam już prawie nic, z resztek zburzonego dworku ktoś pozyskuje i wywozi cegły, widzieliśmy ślady ciężarówki. Być może z tych starych cegieł powstają fajne wypasione podłogi, takie z klimatem, w jakiś apartamentach…

W innej książce, z lat dziewięćdziesiątych pisano  z nadzieją, że co prawda jakiś dworek niszczeje po czasach PGR-u, ale oto właśnie znalazł się nowy właściciel, który właśnie go kupił i będzie go remontował. I co? Guzik prawda. Dworku już nie ma. Pewnie za dwadzieścia lat ktoś weźmie nasz przewodnik, odwiedzi wskazywane przez nas miejsca, i powie: „Jeszcze w 2020 roku tu coś było, jest opisane, ale już nic nie ma…”.

I weźmie się za pisanie nowego przewodnika, bo to, co dzisiaj nie jest jeszcze dostatecznie zapomniane, za dwadzieścia lat zostanie włączone do kategorii „zapomnianych miejsc”.

Pewnie tak.

Wszystko, co na Pomorzu „zapomniane”, jest już przez was sprawdzone i opisane?

Jakoś nie umiemy przestać i nadal jeździmy, mamy już materiał na trzeci tom. Nawinęliśmy ten motek, zrobiliśmy dwa tomy, ale ciągle coś z tego motka wystaje, jakieś nitki. I dalej jeździmy za tymi wystającymi nitkami. No cóż, wciągnęło nas to… Teraz mamy dodatkowych opisanych i sfotografowanych sto dziesięć miejsc, których nie ma w wydanym przewodniku. W najbliższy weekend jedziemy w okolice Bytowa i Miastka, wyszperałem informacje o pozostałościach po fortyfikacjach na dawnym poligonie w Czarnem. Cięgle jest wiele do odkrycia.

Będzie z tego kolejna książka?

Mamy nadzieję, że znajdzie się wydawca.

Które „zapomniane miejsce” jest twoim ulubionym?

Pałac w Klecewie, na wschód od Gardei. To jest rewelacja! Jest zachowany, zabezpieczony, aczkolwiek już porzucony więc pewnie zacznie popadać w ruinę. Pięknie usytuowany, stoi nad jeziorem.  Kiedy tam dojechaliśmy, słońce już zaszło. Od strony jeziora podeszliśmy… I te oczodoły ciemnych okiennic… Na forach czytałem, że tam straszy, że słychać jakieś szepty. Mówię sobie, tylko tam nie patrz w te oczodoły, bo jeszcze coś zobaczysz. Podeszliśmy. Ciemno wokół. Wchodzi się przez okno po potłuczonym szkle. Tam jest oryginalna podłoga drewniana, jak szliśmy to ona skrzypiała. Idziemy, skrzypi, a ja sobie myślę że słyszę w tym skrzypieniu nie tylko nasze kroki, ale że ktoś tu jeszcze jest, drepcze oprócz nas… No co się śmiejesz, człowiek sobie wkręca!  Potem się Marcin śmiał, że chyba jeszcze nigdy tak szybko nie zwiedziliśmy żadnego pałacu. Myślę że jeszcze tam wrócimy, ale za dnia, najlepiej w słoneczny dzień, bo zostały nam jeszcze piwnice do obejrzenia.


Przewodnik “Zapomniane miejsca. Pomorskie. Część północna”, “Zapomniane miejsca. Pomorskie. Część południowa”, Wydawnictwo CM, Warszawa, 2021.

Do kupienia między innymi TUTAJ.

 

Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły