Pomyślunek jesienny. Wszystko jest koliste 2

Pomyślunek jesienny. Wszystko jest koliste

Syte brzuchy pagórków przygotowują się do snu. Pęcznieją, nabrzmiewają pachnącą wilgocią

Oczywiście szanuję, a nawet podziwiam ludzi, którzy przemierzają przestrzeń biegiem, pospiesznie, w pędzie nadawanym za pomocą nóg, nart, kajaków albo rowerów. Ale ja sam, kiedy ruszam w trasę, lubię mieć czas na podpatrunek i pomyślunek. A zanim wyruszę, lubię mieć czas na poczytanki.

Co za dziwnych słów używam? Nie można po prostu napisać o patrzeniu, myśleniu i czytaniu? Można, oczywiście. Ale ja w trasie nie tyle patrzę, co podpatruję. Myśli jakieś takie ślizgające się mam, z dala od sedna spraw ważnych dla świata, a skądinąd – tak blisko nich. A z czytaniem to też sprawa dość niejednoznczna – tu poczytam, kartkę przewrócę, tam poczytam, nie jest to na pewno systematyczne studiowanie przewodnika i literatury źródłowej. Wyruszam więc w trasę nie żeby myśleć tylko pomyśliwać.

I tak powstają pomyślunki.

Niektóre z nich są słoneczne, upalne, wesołe, wylegujące się w trawie i w słońcu. Są wspomnieniem lata.

Inne są ponure, jesienne.

Okolice Chochowatki. Gdzieś tam w dali - jez. Rekowo. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby
Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Jesień, przełom października i listopada. Brzuchy pagórków, zrudziałe i coraz bardziej brunatne, trawią teraz wszystko, czym obrodziły w czerwcu, lipcu i sierpniu. Syte przygotowują się do snu. To co gnije, wsiąka w nie teraz, a one pęcznieją, nabrzmiewają pachnącą wilgocią. Zapadają w zimowy sen, wypełnione materią, której musi im wystarczyć do wiosny.

Kwietniowe słońce zapłodni powracające z dalekich krajów soki.

Ale to będzie po zimie, kiedy sen spłynie ze stoków zamieniając drogi w uciążliwe błoto. Dzisiaj wszystko wydaje się niepotrzebne. Kępa traw, jeszcze przecież niedawno, bo czymże są dwa miesiące, bujnie i dumnie stercząca przy furtce, jest niepotrzebnym wspomnieniem. Jest zakalcem pamięci, który najlepiej wypluć zanim rozpłynie się w ustach. Wypluć w pośpiechu, jak szatańskiego grzyba, żeby nie zatruć się nostalgią, brunatnym i gnijącym smutkiem, który zepsuje zapamiętaną już na zawsze beztroskę lata.

Jesień więc, porzucone domy letniskowe, zdradzone przez swoich właścicieli. Wydymany krajobraz.

Przyjeżdżają tu warunkowo. Stawiają warunki pogodowe. Biorą tylko to, co im pasuje, co jest wygodne, co chcą. Późna wiosna, lato, wczesna jesień. Bo jakże tu teraz oddychać brunatnym powietrzem? Można się zakazić mgłą, która coraz później schodzi ze wzgórz i coraz wcześniej się na nie wdrapuje, z czasem w ogóle już ich nie opuszczając, jakby wmalowana na długie listopadowe tygodnie w pejzaż.

Siedzą więc w miastach, gdzie nie czuć gnicia materii, i pamiętają: ciepłe wieczory, rześkie poranki, upalne kąpiele, pijackie wybryki.

A ich domy pozostają w oczekiwaniu, opuszczone, zdradzone. Ścięte pierwszymi przymrozkami. Na pocieszenie mają do towarzystwa wzdęte pagórki, równie samotne.

Za oknem widzę górkę. Tak zwaną górkę, miejsce zabaw dzieciarni, dobrze jest się z niej sturliwać albo brudząc trawą spodnie zjeżdżać na tyłku.

Na górce stał kiedyś dom, pozostał po nim wykop w miejscu, w którym była piwnica. Wszystko dawno zarosło. Tamta opowieść dobiegła końca, została zrównana z ziemią.

Inne opowieści są dobrze z górki widoczne. Teraz, w niedzielne przedpołudnie, snują się z kominów pod nisko zawieszone niebiosa.

Ludzie pochowali się już w zimowych legowiskach, kobiety zeszły z ganków, mężczyźni pozostawili swoje ciągniki w szopach i na podwórkach. Roztoka i Nowa Wieś Przywidzka wyglądają jak ostatecznie wymarłe. Nastąpił koniec historii i czasu, słowa, zdania i śpiewy, te kościelne i pijackie, wrzaski i szepty, czułe i zjadliwe, wszystkie odgłosy życia, wszystko już się zdarzyło, co miało się tego lata wydarzyć. Koniec, spać. Zamknął się czas zatrzaskując drzwi przed chłodem.

Tylko siwe dymy z kominów dają nadzieję, że za ogrodzeniami, między szarymi ścianami, pod ciężkimi dachami, przy zabrudzonych okruchami stołach, nad pociętymi ceratami, w esach-floresach parującej herbaty, tli się jakieś życie. A jeśli jest życie, to są i opowieści.

A więc to było tylko złudzenie: czas się nie kończy i nie zamyka, bo czas jest kolisty, jak tarcza zegara.

I po co to wszystko? Depczę rozgnite chwasty na łące, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno, niemal co dzień, stękliwie witały mnie żurawie. Pozostaje czekanie aż wrócą. Wrócą na pewno.

Czas jest kolisty, życie jest koliste, wszystko jest koliste. Turla się, niczym dzieciarnia po trawie. Opowieści też. Nawet jeśli zgniją w pamięci, nawet jeśli zostaną pozostawione samym sobie, nie zbutwieją na marne. W kolistym cyklu zamienią się w materię, jak butwiejące lato. I już niebawem znad stołów pokrytych pociętymi ceratami, znad filiżanek herbaty, pod kopułami ośnieżonych wiejskich dachów, urodzą się nowe historie. Ze starych liter ktoś złoży nowe słowa, ze starych słów – nowe zdania, ze starych zdań – nowe opowieści.

Częstocin, styczeń 2012 – listopad 2014.

 

Pomyślunki jesienne mniej więcej tu się narodziły. Źródło: www.ekokapio.pl
Pomyślunki jesienne mniej więcej tu się narodziły. Źródło: www.ekokapio.pl

Powyższy fragment tekstu został opublikowany w książce:

Tomasz Słomczyński „Miejsca Przeklęte”, wyd. Polskapresse 2015.

Książka do kupienia TUTAJ.

 PS. Dziękuję EKOKAPIO za udostępnianie map.