Znalazłem pisklę, co mam robić? Czyli jak nie zostać porywaczem - Magazyn Kaszuby
1
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Znalazłem pisklę, co mam robić? Czyli jak nie zostać porywaczem

“Czaple” miały swoje gniazdo na Kokoszkach. Jeden pan znalazł tam ich pisklę, biedne takie, żółciutkie, porzucone przez rodziców. Chciał – w odruchu serca, uratować je od zguby. Zawiózł więc swoje znalezisko do do przychodni weterynaryjnej w Gdańsku przy ul. Kartuskiej. Okazało się, że jest zdrowe.

Wkrótce pisklę trafiło do Pomorskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Ostoja” w Pomieczynie.

W międzyczasie okazało się, że rzeczona “czapla” to… żuraw.

Pan, który znalazł ptaka i go “ratował”, twierdził, że został on porzucony przez rodziców. Dlaczego dorosłe żuraiwe miałyby porzucać swoje potomstwo?

Prawda jest taka, że pisklę wcale nie zostało porzucone.

Dzieciak wraca do rodziców

A było to tak…

Leszek Damps, ornitolog z “Ostoi”:

– Z tego, co wiem, było tak, że grupa osób przebywała w pobliżu zbiornika wodnego, kiedy w jakiś bliżej nieokreślony sposób znalazła się w pobliżu pary żurawi wraz z pisklęciem. To pisklę prawdopodobnie zostało w jakiś sposób odcięte od ptaków dorosłych. Ludzie pomyśleli, że ptaki je porzuciły. Tymczasem dorosłe żurawie najprawdopodobniej były w pobliżu, czekały aż sobie ludzie pójdą, nie wiedziały co robić, przecież to dzikie zwierzęta, nie wiedzą, jakie ludzie mają zamiary…

Pisklę takie jak to, które trafiło do “Ostoi” –  jedno lub dwudniowe, nie ma jeszcze wyuczonych mechanizmów ucieczki, zresztą też nie ma długich nóg, które pozwoliłyby mu uciekać przed człowiekiem. W ośrodku rehabilitacji zwierząt młody żuraw został podkarmiony, ponadto pracownicy skontaktowali się z osobą, która go znalazła. Ustalono miejsce, w którym pisklę zostało zabrane od rodziców.

– Z doświadczenia wiedziałem, że w pobliżu będą ptaki dorosłe, które po tak krótkim czasie nie powinny jeszcze opuścić rewiru lęgowego, nawet jeśli byłoby to jedyne ich pisklę – mówi Leszek Damps.

I rzeczywiście – żurawie znajdowały się na jeziorku, na wysepce, co więcej – okazało się, że miały jeszcze drugie pisklę. I w ten sposób Porwany wcześniej przez człowieka pisklak został teraz oddany rodzicom. Rodzice podeszli do niego, ogarnęli stadko…

Pracownicy “Ostoi” spotykają się z tym często: Ludzie, którym tłumaczy się, że nie należy zabierać młodych osobników od ich rodziców, najczęściej są przekonani, że…

– Przecież pobliżu nie było żadnych rodziców!– zwykli mawiać ci, co w ten sposób „ratują” ptaki.

Jesteśmy obserwowani

Dwaj filmowcy, podczas prac nad filmem promującym Kaszuby, postanowili „skręcić” żurawia na gnieździe. Wiedzieli, że nie wolni im niepokoić ptaka, tym bardziej, że akurat wysiadywał jaja. Jednak gniazdo znajdowało się sto, może dwieście metrów od drogi, którą co chwila przejeżdżały pojazdy. Filmowcy zatrzymali więc samochód, i wystawili sprzęt. Sądzili, że w żaden sposób nie będą niepokoić ptaka, który i tak przebywa w sąsiedztwie drogi. Gdy tylko ustawili kamerę, żuraw zerwał się z gniazda i z głośnym klangorem odleciał, zniknął za linią drzew na horyzoncie.

Panowie stanęli zdezorientowani. Co takiego się stało?

Nieporozumienie może wynikać z tego, że posługujey sie odmiennymi od zwierząt, kategoriami pojęciowymi. Inaczej postrzegamy otoczenie, i inaczej interpretujemy to, co dzieje się wokół nas. Żuraw nie miał nic przeciwko przejeżdżającym samochodom – do widoku sunących aut zdążył się już przyzwyczaić. Jednak dwóch ludzi, ustawiających kamerę na statywie, to już zupełnie co innego.

Filmowcy, którzy wsiedli z powrotem do samochodu, nie musieli długo czekać, bo nagle – nie wiadomo skąd, nadleciał żuraw i wylądował przy gnieździe. Przez cały czas, gdy wydawało im się, że ptak odleciał gdzieś daleko, on nie spuszczał z nich oka. A teraz, gdy już ludzie z kamerą zniknęli w samochodzie (który przecież nigdy nie wyrządza żadnej szkody) stało się oczywiste, że niebezpieczeństwo minęło.

Ludziom często wydaje się, że w pobliżu nie ma „rodzica” opiekującego się gniazdem czy pisklęciem… Ale to tylko złudzenie wynikające z ułomności naszych zmysłów. To, że my nie widzimy dzikiego zwierzęcia, nie oznacza jeszcze, że ono nie widzi nas, nie czuje naszego zapachu, nie słyszy naszych rozmów, czy odgłosu stąpania po ściółce. I jeszcze jedno: To, co nam może się wydawać niegroźne i nieinwazyjne – np. ustawienie kamery na statywie, dla zwierzęcia może być źródłem stresu, sygnałem do ucieczki.

Podlota zostaw w spokoju.

Młody puszczyk podczas rekonwalescencji w „Ostoi”. Fot. Tomasz Słomczyński

Strategia rozproszenia – więcej szans na przeżycie

Problem porywania piskląt nie dotyczy tylko żurawi. Teraz na wiosnę media społecznościowe pełne są zdjęć “słodziaków”, spoczywających w dłoniach ludzi. Internauci chwalą się: „wypadł z gniazda, uratowałem…”.

Tymczasem wiele gatunków ptaków obiera następującą strategię obrony przed drapieżnikami; zamiast tłoczyć się w gnieździe, i czekać na kota, kunę albo lisa, młode ptaki rozpierzchają się wokół, chowają w ściółce leśnej, w trawie, w zaroślach. Tam siedzą i czekają na posiłek, który dostarczy troskliwy rodzic. W ten sposób – nawet jeśli znajdzie je na przykład lis, to straty będą mniejsze. Jest wówczas większa szansa, że ptasi rodzice nie stracą całego lęgu, tylko jednego osobnika. Być może to okrutna kalkulacja, ale – no cóż… Taka jest natura.

– To dotyczy wielu gatunków ptaków – mówi Leszek Damps. I wymienia, jakie pisklaki najczęściej trafiają do „Ostoi” na skutek nadopiekuńczości ludzi: drozdy, zięby, szpaki, sikorki i krukowate.

Czy to oznacza, że zawsze mamy zostawiać ptaki samym sobie, pozwalać na to, żeby natura czyniła swoją selekcję?

Pracownicy Ostoi mówią, że w zasadzie – tak. Choć istnieją pewne wyjątki od tej reguły.

Po pierwsze – pomagajmy pisklakom, podlotom, które są chore, pokaleczone. Po drugie zaś – nie wszystkie gatunki obierają strategię „uciekania z gniazda”. Skąd więc mamy wiedzieć, czy to zostawić, czy zabrać maleństwo, które znajdziemy? Zawsze warto poradzić się specjalistów z “Ostoi” [numer telefonu podajemy poniżej] .


 

Źródło: PORDZ „Ostoja” w Pomieczynie

Przed podjęciem jakichkolwiek działań najlepiej skontaktować się z pracownikami Pomorskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt „Ostoja” – nr tel. 606 907 740.

Podlota zostaw w spokoju. Nie zabierajmy ptaków spod opieki rodziców

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Rok w Przyrodzie” Pomorskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt OSTOJA dofinansowanego z środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Gdańsku.

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły