1

Pomorze i Kaszuby 1945. Cykl reportaży – Część 2. Wspomnienia Stanisława Guza

Dwie kobiety, miały takie długie swetry. Opowiedziały o tym, co je spotkało. Matkę i siedemnastoletnią córkę

W drugiej części naszego reporterskiego cyklu publikujemy wspomnienia Stanisława Guza. Był on jednym z wielu, którzy w 1945 roku zostali zabrani przez Rosjan do pracy.

Zobacz część 1 cyklu „Pomorze i Kaszuby 1945” – wspomnienia Benedykta Reszki – poniżej:

Pomorze i Kaszuby 1945. Cykl reportaży – Część 1. Wspomnienia Benedykta Reszki

Nieznana jest dokładnie liczba mieszkańców Kaszub i Pomorza, wywiezionych na wschód, głównie na Syberię. Szacuje się, że mogło to być nawet pięćdziesiąt tysięcy osób.

Także niewyjaśniona do końca jest kwestia: jak dobierano osoby do wywózki. Mówi się niekiedy, że NKWD tworzyło specjalne listy nazwisk, na których znajdowały się osoby niewygodne dla komunistów. Ale wiele relacji – w tym pana Stanisława, którą publikujemy poniżej, wskazuje, że często żadnych konkretnych przyczyn nie było. Każdy mógł zostać zabrany z domu czy ulicy i przeżyć gehennę zesłania. Decydował przypadek, humor czerwonoarmisty lub stan jego trzeźwości. To potwierdza tezę, że „wyzwoliciele” traktowali Pomorze jak „Germanię”, nie przyjmując do wiadomości, że zajmują tereny zamieszkałe przez ludność polską (obok niemieckiej).

Po drodze do wagonów, które były podstawiane w Działdowie, w tak zwanych obozach przejściowych, żołnierze sowieccy gwałcili kobiety, które – jako więźniarki, nie miały żadnych praw.

Ten moment wywiadu z panem Stanisławem, gdy wspominał o zgwałconych kobietach, matce i córce, był niezwykle przejmujący. Czasem jest tak, że w pamięci utkwi jeden szczegół, na przykład wyciągnięty sweter, pod którym „ukrywa się” przed złym światem zgwałcona przed chwilą kobieta, siedemnastoletnia dziewczyna…

Pojmany. Z jakiego powodu?

– Urodziłem się 23 lipca 1928 w miejscowości Wdecki Młyn. To maleńka wioska na obrzeżu Borów Tucholskich. Ojciec był rządcą w pobliskim młynie i tartaku, matka prowadziła sklep kolonialno spożywczy na wsi. Potem sprowadziliśmy się do Ocypla. Tam rodzice także prowadzili sklep. Po wybuchu wojny musiałem pracować u bauera przy koniach i w lesie, przy wyrębie. Czy mnie bito? Wielokrotnie, batem, albo mnie kopali za byle co. W końcu udało mi się stamtąd wyrwać, ojciec załatwił mi inne zatrudnienie, byłem „placowym” przy przeładunku drewna. W 1945 roku miałem szesnaście lat.

– Nadszedł dzień 22 luty 1945 roku, w tym dniu Rosjanie weszli do naszej wioski, do Ocypla. Cieszyłem się, że nareszcie gehenna niemiecka się skończyła. 25 lutego powiedzieli, że mam się przygotować, dobrze ubrać, wziąć jedzenia na trzy dni, że pójdziemy pięć kilometrów dalej, do miejscowości Wda, pomóc wojsku most budować. Pomyślałem, że skoro kazali, to trzeba. Ale wcale nie dotarłem do Wdy. Zostaliśmy w Ocyplu. Zamknięto nas w mieszkaniu. Nie wiem, dlaczego zostałem zatrzymany. Byłem przesłuchiwany. Enkawudziści pytali, czy nie miałem kontaktu z partyzantką w lesie, czy nie byłem w AK, czy nie donosiłem partyzantom jedzenia.

– Miałem kuzyna  w lesie, zdaje się że w Gryfie Pomorskim. Oni już o tym wiedzieli. Ale nie miałem z nim specjalnie styczności. Nie sądzę, żeby to było powodem zatrzymania. Wydaje mi się, ze po prostu potrzebowali ludzi do pracy. „Małodyj jesteś, pajdiosz rabotać” – tak mówili.

– Przez trzy dni trzymano nas zamkniętych w mieszkaniu w Ocyplu. Doprowadzano kolejne osoby – mężczyzn, kobiety.

Marsz do Działdowa. Kino

Gdy było nas tam około trzydziestu, nastąpił wymarsz. Szliśmy do Torunia, Bydgoszyczy, Świecia, Działdowa, o głodzie i chłodzie. Czasem Rosjanie dali coś do jedzenia, czasem nie.

– Zabrali nam wszystko, ja musiałem oddać pasek do spodni, książeczkę do nabożeństwa, zegarek, koc. Były także kobiety, które im się oddawały. W ten sposób miały wszystko, nawet mięso. My zaś chodziliśmy z głodu i zmęczenia jak pijane.

– W jednej z miejscowości, rzez które przechodzili, sowieci urządzili łaźnię. Najpierw weszły tam kobiety, było ich kilkadziesiąt. Potem wpuścili nas, mężczyzn. Rosjanie patrzyli na to wszystko, myśleli że dopuścili stado baranów do stada owiec… Myśleli… Chcieli sobie popatrzeć. A jednak tak nie było, do niczego nie doszło. Dla nas to była ohyda… Te kobiety nagie, my nago, mężczyźni poszli w jedną stronę, kobiety stały w rogu.

– Rosjanie szukali  miejsca, gdzie nas zakwaterować. W końcu znaleźli kino (to prawdopodobnie było Działdowo, pan Stanisław nie ma pewności – przyp. red.). Wszystkie krzesła które były na widowni, poszły precz. Ze sceny wszystko – precz. Dziewczyny, kobiety na scenę, a mężczyźni na dole. Rosjanie przychodzili latarkami świecili i wybierali sobie kobiety. My, mężczyźni, słyszeliśmy tylko krzyk, błagania o ratunek… Ale nikt z nas nie śmiał im pomóc, to było wojsko, mieli broń, a myśmy nie mieli nic… Każdy z nas siedział cicho. A oni przez całą noc robili z kobietami, chcieli.

– Następnego dnia jedna pani opowiadała nam, że została zgwałcona przez trzech żołnierzy, a jej córka, miała siedemnaście lat, była gwałcona obok, przy matce. Te kobiety pamiętam do dzisiaj, miały długie szare swetry.

Stanisław Guz został został wywieziony na Syberię, w łagrze na Wyspach Sołowieckich spędził rok. Przeżył tyfus, cudem ocalał. W październiku 1946 roku wrócił do Polski.

W najbliższych dniach na łamach Magazynu Kaszuby ukażą się kolejne wspomnienia świadków tych tragicznych wydarzeń.

***

Projekt dofinansowany ze środków Powiatu Kartuskiego.

Projekt realizowany przez Stowarzyszenie Otwarte Kaszuby.