Jan Kaleniak, z marszu śmierci do kaszubskiej wsi. Historia i Pamięć - Magazyn Kaszuby
1
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Jan Kaleniak, z marszu śmierci do kaszubskiej wsi. Historia i Pamięć

Wiosna 2018 roku, drugi z kolei dzień pieszej wędrówki z plecakiem. Wczoraj szedłem z Nowej Huty koło Mirachowa, przez Lasy Mirachowskie, Głodnicę, Tłuczewo, Osiek, do schroniska w Porzeczu. Dziś kilka kilometrów doliną Łeby, a potem pięć kilometrów prostej drogi przez las z Paraszyna. Wkrótce szutrówka zamienia się na typową, „poniemiecką” wyłożoną kamieniami drogę. Mijam truchło borsuka, zapewne potrąconego przez samochód, w końcu – pierwsze zabudowania Barłomina.

Pogoda jest kapryśna. Raz słońce, raz deszcz. Ciągle zakładam i zdejmuję polar. Raz marznę, raz mi zbyt gorąco. Buty przemoczone. Zmęczenie daje się we znaki. Wystarczy na dzisiaj. Czas wracać do domu.

Łapię stopa pod tablicą z nazwą ulicy: Ofiar Stutthofu. Nazwa nieprzypadkowa, w lutym 1945 roku szły tędy kolumny więźniów z ewakuowanego obozu koncentracyjnego. Miejscowi Kaszubi, ryzykując wszystko – życie swoje i swoich rodzin, spieszyli z pomocą nieszczęśnikom będącym na skraju życia i śmierci, doświadczającym niewyobrażalnego wprost okrucieństwa ze strony Niemców. W ciągu ostatnich dwóch lat napisałem szereg tekstów na ten temat, powstał również film “Wieś Sprawiedliwych”.

Ale wtedy stałem z wyciągniętym kciukiem i czekałem, aż któryś z miejscowych kierowców się zlituje.

Ojcowizna

Zatrzymuje się pan wiozący wędliny i surowe mięso. Kawał chłopa – zażywny, a zarazem uprzejmy i wygadany. Kaszuba z dziada-pradziada, jak mówi. Jego wujem był sam Gerard Labuda, jeden z najwybitniejszych kaszubskich intelektualistów, profesor, autor wielu kanonicznych dzieł o historii Pomorza. Przyznawał, że nawet kiedy mówił po polsku, to myślał po kaszubsku. Trudno powiedzieć, czy słowa te należy interpretować literalnie czy metaforycznie.

O tym wszystkim rozmawiamy, gdy mijamy wieś Pobłocie. Przy drodze dom. Za nim osiedle domków letniskowych. Mój kierowca pokazuje na budynek.

– Tu mieszkał Kaleniak. Uciekł z marszu śmierci, miejscowa rodzina go ukrywała. Zakochał się w córce swoich wybawicieli, z wzajemnością, pobrali się, i został tu na zawsze. Miał duże gospodarstwo, które jego synowie podzielili.

Odnoszę wrażenie, że mojemu rozmówcy bardzo nie podoba się ten fakt.

– Podzielili na działki letniskowe, o tam stoją domki, widzi pan? Wszystko posprzedawali.

– Widzę. Znak czasów… Dzisiaj Kaszuby są dzielone na działki, sprzedawane letnikom.

Kierowca milczy przez chwilę. Dodaje cicho:

– Ale to była ojcowizna. Ich tatczëzna.

Trop

W ten sposób trafiam na miłosną historię Kaleniaka. Dziewczyna wyciąga pomocną dłoń do nieszczęsnego więźnia, i z tego rodzi się miłość. Love story nadające się na scenariusz hollywoodzkiej superprodukcji, historia dająca nadzieję, że nawet na dnie piekła może urodzić się coś pięknego, czystego i dobrego.

Czy rzeczywiście tak było?

Tego tropu nie sposób nie podjąć.

Wkrótce dowiaduję się, że we wsi mówi się: Osiedle Kaleniaka, Staw Kaleniaka, Kaleniakowo. Nie ma już jego samego, nie ma tutaj jego synów, a tak jakby był, jakby wciąż się ukrywał, już nie w stodole, a w nazwach, w pamięci miejscowych Kaszubów.

Relacja

 – Nazywam się Jan Kaleniak. Mój numer obozowy Stutthof 32092 – tymi słowami pan Jan rozpoczął swoje przemówienie we wsi Kętrzyno, 25 maja 1995 roku. Co to było za przemówienie?

Tego dnia, z inicjatywy ks. Bazylego Olęckiego i ówczesnego dyrektora szkoły w Kętrzynie Tadeusza Szyca odsłonięto obelisk upamiętniający ofiary marszu śmierci. Najprawdopodobniej więc przemowa została wygłoszona z tej własnie okazji. Jej zapis został zachowany przez księdza Bazylego Olędzkiego (zmarł w 1999 roku), który gromadził tego typu relacje. Obecnie znajduje się w zbiorach Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie.

W 1939 roku służyłem w wojsku polskim broniąc ojczyzny. Dostałem się do niewoli i byłem jeńcem wojennym. Przebywałem w lagrze dla jeńców. 25 lutego 1944 roku zabrano mnie do obozu Stutthof.

Szczęśliwy, w naszym rozumieniu, był dla nas dzień 25 stycznia 1945 roku. W tym dniu wyprowadzili nas wachmani ze Stutthofu i prowadzili w nieznane. Na drogę dano nam nieco chleba. Podczas drogi nie było kuchni obozowej, jedynie tylko dobrzy ludzie, widząc nas częstowali chlebem i zupą, na co nieraz wachmani nie pozwalali. Podczas drogi częstujący otrzymywali nieraz bicie.

W Pomieczynie spaliśmy w miejscowym kościele i u gospodarzy. Przedostatni nasz postój i nocleg był w kościele w Strzepczu. W drodze, kiedy się przewróciłem, wachman butem kopnął mnie w głowę i od tego czasu straciłem słuch. Dzięki życzliwości kolegów i ich pomocy doszedłem do Strzepcza – drewnianego kościoła. Znalazł się tu życzliwy wachman, który zaprowadził mnie do jednej rodziny, gdzie obmyto mi krew i zabandażowano. Następnie poczęstowano nas jedzeniem, obdarowano prowiantem, po czym wróciliśmy do kościoła.

Ostatni etap marszu śmierci – to trasa Strzepcz – Tłuczewo – Osiek i Nawcz. Tu umieszczono nas w czterech barakach. Brakowało jedzenia i wody. Śmierć dziesiątkowała nas. Zmarłych wywoziliśmy wózkiem do pobliskiego lasku i tam chowaliśmy ich. Mieszkańcy pobliskiego Kętrzyna i okolicy przywozili nam żywność, którą odbierali wachmani i dzielili.

Wieczorem 8 marca 1945 roku wachmani pozostawili nas a sami uciekli w ubraniach cywilnych. Pozostał tylko jeden, który dostał się w ręce Rosjan.

 W ostatnich dniach pobytu zachorowałem na tyfus. Była z nami lekarz. Nie znam jego nazwiska ani narodowości. Dał mi lekarstwo i poczułem się lepiej.

Po wejściu do obozu Rosjan podzielono więźniów: Rosjanie zabrali swoich. Mających w pobliżu rodziny – zwolniono. Resztę Polaków, po dokonaniu akcji odwszenia, która polegała na oblaniu zimną wodą, zaprowadzono do szkoły w Kętrzynie. Nie pozwalano nam wychodzić. Żywność, wodę, w miarę możności lekarstwa, przynosili mieszkańcy Kętrzyna. Tylko dzięki nim żyję.

Tu przebywaliśmy kilkanaście dni. Później Rosjanie zabrali nas i bocznymi drogami doprowadzili do Sopotu, gdzie dano nam biało-czerwone opaski. Włączono nas do pracy nad utrzymywaniem porządku. W Wejherowie mając do dyspozycji wóz i konie dowoziłem dla nowej władzy porządkowej prowiant.

Tu – w momencie, gdy Jan przebywa w Wejherowie, relacja się urywa. Dalej Kaleniak dziękuje mieszkańcom Kętrzyna i okolic za udzieloną wówczas pomoc. Swoich dalszych losów nie przywołuje.

Legenda

Wychodzi więc na to, że człowiek ten, wbrew temu, co usłyszałem wtedy w samochodzie, nie uciekł z marszu śmierci, nie schował się u gospodarzy, którzy mieli córkę… i tak dalej. W jego opowieści nie ma ani słowa o poznaniu dziewczyny z Pobłocia. Nazwa tej wsi w ogóle nie pojawia się w tej relacji, choć wiadomo, że kolumny więźniów przez tę miejscowość przechodziły. Co prawda, wspomina on o mieszkańcach donoszących jedzenie z „Kętrzyna i okolic”. Jednak Pobłocie leży 13 kilometrów od Kętrzyna. To dość daleko.

Wspomina także o gospodarzach, którzy zaopiekowali się nim, gdy pobity przez wachmana, trafił do nich na jedną noc. Wówczas więźniowie nocowali w kościele w Strzepczu. Ze Strzepcza do Pobłocia są trzy kilometry. Być może wówczas, podczas tej jednej nocy, miał okazję poznać swoją przyszłą żonę? Może to ona i jej rodzina go wówczas przyjęli?

Ale może być i tak, że w tym przypadku romantyczna wiejska legenda o Kaleniaku, nie zawiera w sobie przysłowiowego źdźbła prawdy.

Jego samego nie można już o nic zapytać. Zmarł w 2004 roku, przeżywszy 88 lat. Jego żona, Bronisława zmarła wcześniej, w 1988 roku. Mieli dwóch synów, obaj także już nie żyją. Został po nich dom, w którym mieszka zupełnie inna rodzina. Ich gospodarstwo zostało podzielone na działki i rozsprzedane. Dziś w tym miejscu w sezonie czuć grille i słychać głosy bawiących się dzieci. Niewielu z przebywających tu na urlopie letników zdaje sobie sprawę, dlaczego na ich osiedle mówi się „Kaleniakowo”.

Janek i Bronia

Jan pozostał w pamięci starszych mieszkańców wsi.

Danuta Miecznikowska przez wiele lat była dyrektorką miejscowej szkoły. Jej rodzina przyjaźniła się z rodziną Kaleniaków.

– Tyle co ja wiem od niego osobiście i od mojej mamy i taty, bo myśmy się spotykali… Na Jana i na Bronisławy, to jego żona była, nasze domy się odwiedzały… Tak więc Kaleniak pochodził z terenów obecnej Ukrainy, z okolic Stanisławowa, z małej wsi. Nie wiem, jak to się stało, że znalazł się w czasie wojny w naszych stronach, jak trafił do Stutthofu. Rzeczywiście, brał udział w marszu śmierci, który tędy przechodził, i po tym wszystkim, jak już ich wyzwolili, on był bardzo chory i go zawieziono do Wejherowa. Tam wyzdrowiał, i wcielili go do milicji. No i najpierw był w Wejherowie, a potem wysłali go na posterunek do Strzepcza. Miał tu nasz rejon, i wtedy poznał swoją Bronię. Ona sama gospodarowała i on się w niej zakochał, ale to już było po wojnie, z tego co ja wiem… Potem nie chciał już być milicjantem i został na gospodarce u Broni.

Emerytowana pani dyrektor wspomina Jana Kaleniaka jako bardzo dobrego, porządnego i pogodnego człowieka, który bardzo lubił śpiewać i tańczyć.

Strażnicy pamięci

Niegdyś znany reporter (wówczas młody i początkujący) zapytał jeszcze bardziej zasłużonej reporterki, a działo się to, gdy razem pracowali nad książką o holocauście:

– Czy my jesteśmy strażnikami Historii?

Odpowiedziała:

– Nie. My jesteśmy strażnikami Pamięci.

***

Składam serdeczne podziękowania dla Kamili Magdaleny Soroko za pomoc w zbieraniu materiałów do reportażu.

 

 

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły