Maria Dąbrowska w Ostrzycach. Głucha wieś - Magazyn Kaszuby
Maria Dąbrowska w Ostrzycach. Głucha wieś 8
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Maria Dąbrowska w Ostrzycach. Głucha wieś

Pomost. Brama do Ostrzyc

Przed Ostrzycami charakterystyczny pomost, konstrukcja nad ruchliwą jezdnią. Chodzi o to, żeby letnicy z ośrodka w Kolanie nie musieli schodzić na dół (stromo), przechodzić przez jezdnię. W efekcie znajdujący się nad szosą pomost wygląda jak brama prowadząca do letniskowych, gorących dzisiaj Ostrzyc.

Pomost będący bramą, czasy świetności ma już za sobą. Choć widok na jezioro Ostrzyckie niezmiennie zachwyca, choć chylące się już ku zachodowi słońce daje asumpt do pocałunków i obściskiwania się zakochanych par, to sam pomost nie wygląda dobrze. Tu kiedyś była toaleta – zamknięte. Tu pewnie kawiarenka – dziś ruina. Jak to jest, że kiedyś komuś opłacało się to wybudować, utrzymywać, sprzedawać tu lody i czyścić toaletę, a dziś już się nie opłaca… Jak to jest? Przecież Polacy mają coraz grubsze portfele, coraz chętniej przyjeżdżają wypoczywać na Kaszuby, konsumują coraz więcej, a wiadomo, że lodziarnia z widokiem na jezioro i toaleta to podstawy letniskowej ekonomii.

Dalej do Ostrzyc, czerwonym szlakiem, bardzo stromo pod górę, żeby nie musieć iść skrajem drogi, kiedy wymijają człowieka samochody. Brak chodnika, nawet pobocza. Aleksander Majkowski w “Zdrojach Raduni” (1913) polecał te drogę do wędrówek, bo bardzo malownicza. Owszem, jest malownicza, ale chodzenie po jej skraju nie należy dzisiaj do przyjemności.

U Markowskiego

Ostrzyce. Rybaczówka – bodajże największa restauracja we wsi. Prowadzi ją Stanisław Markowski. Markowscy mieli gospodę również w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy zawitała tutaj Maria Dąbrowska. Spała u nich i pływała kajakiem. Gospodę u Markowskich wymienia również Aleksander Majkowski w „Zdrojach Raduni”, dodając, że w sezonie może nie być w niej miejsc. Przed stu laty w Ostrzycach była więc jedna gospoda, kto nie znalazł w niej wolnego łóżka, musiał szukać noclegu u gospodarzy za „symboliczną opłatę” – jedną markę, jak podaje Majkowski w swoim ponadstuletnim już przewodniku.

Czekając w Rybaczówce sięgam do plecaka po wymiętą i naddartą trudami wanogi kserówkę z reportażem Marii Dąbrowskiej. Jest późne lato 1924 roku. Pisarka z jakimś bliżej nieokreślonym towarzystwem (pisze w osobie pierwszej, w liczbie mnogiej – „my”) wyrusza z Kartuz, wędruje pieszo przez Bilowskie Buczyny na Górę Tamową („szukając żółtych znaków po drzewach”), na Chmielno tylko rzuca okiem, dalej przez Zawory i Ręboszewo dociera do Ostrzyc. Jest już wieczór, słońce zaszło, wędrowców dobiegają dźwięki z mijanych gospodarstw – ręczne młócenie zboża cepami. A potem podróżnicy dostrzegają wiejskie panny zrywające wiśnie w sadzie. Dąbrowską zachwycają widoki i dźwięki.

Już było prawie ciemno, gdy weszliśmy na romantyczną drogę, sklepioną olbrzymimi drzewami – za którymi śniade od lesistych, wyniosłych brzegów kląskały sennie wody Jeziora Ostrzyckiego.

Po ciemku przez kładkę, ścieżeczkami, przez podwórza, wlepiając oczy w żółte światła chat, brnęliśmy do oberży. Stoi ona tam pod wielkimi kasztanami, zwyczajna, żółta i stara.

Oberża w Ostrzycach była prowadzona przez przodków Stanisława Markowskiego, dzisiejszego właściciela restauracji Rybaczówka. Budynek dawnej karczmy stoi dalej, przy ruchliwej w sezonie jezdni, odwrócony tyłem do całego współczesnego turystycznego zgiełku, jaki ogarnia Ostrzyce wraz z nadejściem cieplejszych dni. „Oberża” – jak pisała o niej Dąbrowska, dzisiaj wydaje się być pogodzona z faktem, że już nie będzie w stanie konkurować z modnymi pensjonatami, hotelikami i gospodarstwami agroturystycznymi. I ciągle jest zwyczajna, żółta i stara.

Okna ma zatkane zielenią dzikiego ogródka i pokoiki na górze romantyczne, staroświeckie, o rozsuwanych łóżkach, a jedzenie wręcz znakomite, i jak podane!

Sobota wałęsa się na ostatku

Następnego dnia z rana goście zażywają kąpieli w jeziorze Ostrzyckim („dno jest maziste”), następnie wypływają kajakami. Dobijają do brzegu, pisarka zachwyca się lasem, przyrodą, „dziką kępą bezludną”, do której od strony wody przybyli.

W końcu, syci dziecinnych radości, z ramionami gorącymi od wiosłowania, wracamy o chmurnej piątej godzinie, już pod deszczem.

Padał straszną ulewą cały wieczór i całą noc. Siedzieliśmy tedy przy małej lampce i przy kartach i patrzyliśmy, jak przez bar starej oberży przecieka skromne życie małej, ale turystycznie świetnie funkcjonującej wsi kaszubskiej. A potem gdyśmy już spali w głębiach nocy i deszczu, stary dom zaczął chodzić i szamotać się w swych posadach. To pijący opuszczają gospodę – to sobota wałęsa się tak na ostatku, to dosuwają się rygle i zamki, a ostatni goście wkraczają w noc.

I zaraz głuchnie ich ciężki krok – a odparta przez hałas ulewa nadciąga znowu i zatapia ich niepewną piosenkę.

Myśl

Tyle opisu oberży.

Marię Dąbrowską, 35-letnia początkującą pisarkę („Noce i Dnie”, które przyniosły jej sławę, jeszcze są nienapisane), intelektualistkę o lewicowych poglądach, bywalczynię salonów literackich Warszawy, tuż przed zaśnięciem w ostrzyckiej oberży nawiedza pewna myśl. Otóż:

Żeby też tak tu pozostać. Tu jest też życie. Wszędzie, wszędzie jest życie. Nieraz, gdy coś się ma skończyć, zdaje nam się, że potem nie będzie życia. Lecz ono jest wszędzie. I wszędzie są ludzie, skradający się śród zasadzek i niebezpieczeństw, gnący się pod kłopotami i wałęsający się szeroko po wesołych drogach radości.

Tu zostać. W takiej głuchej wsi, gdzie czyni się jeszcze zakłady o to, kto więcej zje albo wypali, gdzie ludzie piją gorzkie i słodkie piwo i nie wiedzą dobrze, do czego mają dziś nawiązać to wszystko, co tu od czasu książąt pomorskich pięknego i polskiego poprzez najazdy i zabory wieczne przetrwało. A potem ta chęć mija – lecz zostawia po sobie jakieś nieuchwytne zobowiązanie wobec tych stron.

I tak oto, jak należy sądzić, Maria Dąbrowska usypia wsłuchując się w deszcz, złożywszy głowę na poduszce w starej oberży, w głuchej wsi, jakimi są w końcu lata 1924 roku Ostrzyce.

Węgorz, gorzałka, gościnność

Właściciel Rybaczówki, Stanisław Markowski jest potomkiem tych Markowskich, do których niegdyś należała nie tylko karczma, ale „cała wieś”. To oczywiście uproszczenie, ale chyba rzeczywiście niegdyś Markowscy byli tu najzamożniejsi. Dziś Staszek, oprócz samej Rybaczówki (szybko przechodzimy na „ty”), ma również jezioro Trzebno, podobno pełne ryb.

Dosiada się do mnie razem z Piotrem Doroszem – producentem filmowym, który zamieszkał w Ostrzycach przed dwoma laty, po dwóch dekadach spędzonych w Anglii, gdzie założył i prowadził lokalną telewizję.

Dzięki gościnności Staszka, kelnerki przynoszą nam pieczonego węgorza. A potem jeszcze flaszkę i trzy kieliszki.

Zatrzymajmy się na chwilę, zanim wydarzenia tej nocy potoczą się koliście, jak rozpędzony wóz drabiniasty ze stoku Wieżycy.

Po dwudziestu kilku kilometrach marszu – pieczony węgorz z frytkami. Kęsy przepłukiwane gorzałką. Gościnność i serdeczność Staszka.

Co czuje wtedy wanożnik? Alleluja! Ahoj przygodo! Co jeszcze wydarzy się tego wieczoru? Gdzie przyjdzie mi rozłożyć karimatę do snu? Weekendowe Ostrzyce zdają się pulsować nerwowo przed nocą, a krew płynie szybciej.

[…]

Mało szwajcarska Szwajcaria

Poranek. Zapowiada się upalny dzień. Dla letników to święto, dla mnie, włóczęgi z plecakiem – już niekoniecznie.

Garb na plecy, kije w dłoń, ruszam ze słońcem twarzą w twarz. Niech wiatr rozgania ciemne skłębione zasłony. Do Kartuz.

Punkt widokowy Jastrzębia Góra w Ostrzycach. To tutaj miał się zrodzić pomysł, by na tę część Kaszub mówić „Szwajcaria Kaszubska”. Jezioro Ostrzyckie ma przypominać jezioro Czterech Kantonów. Czy rzeczywiście je przypomina?

Trudno mi powiedzieć, w Szwajcarii nie byłem. Ale od czego jest wujek Google?

Tamta, prawdziwa Szwajcaria z jeziorem Czterech Kantonów to krajobraz wysokogórski, tak jakby jezioro było w Tatrach. Z całym szacunkiem, trzeba mieć dużo wyobraźni, żeby doszukiwać się podobieństw. Jeśli jakiś Szwajcar przyjedzie na Kaszuby zwiedziony hasłem: Szwajcaria Kaszubska, to z pewnością się rozczaruje.

Co nie zmienia faktu, że widok – jak na nasze, kaszubskie warunki, jest ładny i wart spaceru pod niewielką górkę.

Na miejscu grono turystów z Suwałk.

– My też mamy jeziora u siebie, ale u nas rośnie sosna, a tu bardziej lasy bukowe – mówią.

– No i nie macie takich wzgórz nad brzegami jezior, jak tutaj, w Szwajcarii – mówię im, a te słowa wzbudzają ożywioną reakcję.

– Jak to nie mamy? Oczywiście, że mamy! Takie same wzgórza i jeziora mamy! Na Suwalszczyźnie też są takie górki! Takie same!

– W porządku – stwierdzam pojednawczo i zmykam rozmyślając o Szwajcarii Suwalskiej.

Korpo albo small biznes

Wiatrak w Ręboszewie. Położony jest na wzgórzu, które zwane jest Sobótką – wedle podań ludowych odbywały się tutaj sabaty czarownic.

Dzisiaj też tu jest spotkanie, choć bluźnierstwem byłoby porównanie tego towarzystwa do wiedźm i diabłów.

To rekonstrukcja tzw. koźlaka, z kawiarnia i apartamentem do wynajęcia. Dumnie i intrygująco wznosi się nad okolicą, niewątpliwie wzbogacając krajobraz. Rozciąga się stąd dość spektakularny widok na „Szwajcarię” – jezioro Brodno Małe i Chmielno.

Tymczasem eleganckie towarzystwo zebrało się tu w celach konsumpcyjno-komunijnych. Głównego bohatera imprezy – czyli dziecka w albie, jeszcze nie ma. Godzina jest mniej więcej południowa, więc być może właśnie jest w kościele na mszy.

Kilkanaście osób w oczekiwaniu smaży się w garniturach i gustownych sukienkach popijając retrooranżadę przez słomki. Wygląd absolutnie wielkomiejski, garnitury z butików albo od krawca, żaden hipermarket. Mężczyźni – dłonie delikatne, nienawykłe do pracy fizycznej, wypielęgnowany zarost, okulary w rogowych oprawkach. Na oko: korpo albo small biznes. Tematy omawiane na boku trochę, dyskretnie, żeby przy stole nie zanudzać, bo nie wypada: kursy walut, oprocentowania kredytów, raty za auta, za domy, za życie. Panie – zadbane, jakby dopiero co wyszły ze SPA. Tematy omawiane przy stole: a co tam słychać u tej czy tamtej kuzynki, czy już urodziła, które to już jest jej dziecko i kiedy wróci do pracy.

Myślę sobie przysiadłszy obok, spoglądając w dal i ocierając pot z czoła, że mieli fantazję miastowi, żeby zafundować dziecku przyjęcie komunijne z widokiem na Kaszuby. I rezygnuję z pomysłu ściągnięcia na chwilę butów, żeby stopy odpoczęły.

Ecce Kaszub, Anno Domini 2018

Turysta widzi stąd wieś Chmielno, jeziora, lasy i góry. Gdy oczekujący na komunijną uroczystość zaczynają komentować widok, tego się właśnie spodziewam – zachwytów. I jakie jest moje zdziwienie…

Zza szkieł oprawionych w drogie oprawki z butiku widzą coś zupełnie innego:

– O tam, tamto gospodarstwo z czerwonym dachem, widzisz? To Hinca, za nim kawałek pola, ale to nie jego, to Labudów, a tam dalej, za jeziorem, ziemia…

W jednym zdaniu kilka kaszubskich nazwisk. W jednym akapicie opowieść o tym, jak od czasów Marii Dąbrowskiej zmieniły się Kaszuby wokół Chmielna: warsztat samochodowy, firma spedycyjna, hotel, hurtownia, domki letniskowe, ziemia podzielona na działki budowlane.

Garść wspomnień z dzieciństwa – sianokosy, o tam… Na tamtej górze. Zabawy w sianie. Wykopki – o tam, po drugiej stronie jeziora. Droga do szkoły – przez tamto pole…

I dalszy ciąg rozmowy snutej półgłosem w cieniu wiatraka: szybki internet LTE, oprocentowania kredytów, raty za samochód, za dom i za życie, ono także kupione w banku, bo przecież poziom odpowiedni, wiadomo, jest takie krótkie.

Przyszła autorka „Nocy i Dni”, widziała „głuchą wieś, gdzie czyni się jeszcze zakłady o to, kto więcej zje albo wypali…”

Maria Dąbrowska w Ostrzycach lądowała swoim kajakiem na jakiejś innej planecie.

***

Źródło cytatów: Maria Dąbrowska, Jarzębinowa Ziemia. Z: Dzieło najżywsze z żywych. Antologia reportażu. Poznań 1981. Oprac. Z. Nawrocki.

***

[Fragment książki: “Pięćdziesiąt tysięcy prawd podręcznych. Wanoga znaczy po kaszubsku wędrówka” Tomasza Słomczyńskiego, która powstaje przy pomocy finansowej Województwa Pomorskiego]

W poszukiwaniu nagrzanej ulicy. Maria Dąbrowska w Kartuzach 1

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły