Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika. - Magazyn Kaszuby
Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika.
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Grzybowski Młyn – Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika.

Grzybowski Młyn – Gołubie, 5 maja 2018.

Grzybowski Młyn. Wracam na trasę, do miejsca, które porzuciłem jesienią ubiegłego roku. Wieś wygląda niemal tak samo. Zabawa: znajdź szczegóły. Jest jedna różnica. Z potu przy elektrowni wodnej i stawach rybnych znikł baner z informacją o proteście. Woda z hukiem przetacza się przez kaskadę, tak samo jak zawsze, niezmiennie i uparcie, niezależnie od ustaleń i postanowień ministerialnych.

Ruszam. Garb na plecy, kije w dłoń. Przede mną około czterdzieści kilometrów do domu. Wokół cały czas rosną deski – sosna, niczym wojsko, strategicznie, równomiernie, straceńczo. To jeszcze Bory Tucholskie, nie opuszczają mnie od samego początku wanogi, od Chojnic. Niebawem się skończą, a sosnę zastąpi buk. Obiecuję sobie, że zwrócę uwagę na ten moment, stanę gdzieś na trasie, spojrzę na południe, zobaczę sosny, spojrzę na północ, zobaczę buki, i powiem: “oto tutaj kończą się Bory Tucholskie, tutaj lodowiec zachachmęcił tak, że kończą się piaski i płaskości, zaczynają się wzgórza, las mieszany, proszę państwa: Szwajcaria Kaszubska!”. To wydarzy się dzisiaj.

Kulawa tablica

“Bunkier Gryfa Pomorskiego”, strzałka w lewo, schodzę ze szlaku, idę przez młodnik, dochodzę do urokliwego małego jeziorka z pomostem w kształcie litery “T”. Uroczysko, tak chyba się mówi o takich miejscach, niedostępnych i zachwycających.

Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika.

Grzybowski Młyn – Gołubie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Mijam budkę dla nietoperzy z wykutym przez dzięcioła okrągłym otworem. Skrobię patykiem w pień, jak wielokrotnie wywoływałem sowy z dziupli, sprawdzam – budka niezamieszkała. Pomiędzy drzewami, na niewielkim wzniesieniu dostrzegam tablicę, okazuje się, że słupy, na których stała, są przegnite i teraz, kulawa taka, opiera się o drzewo jak pijana.

“W tych bunkrach przebywali żołnierze Gryfa Pomorskiego pod dowództwem Józefa Kulasa ps. Powała, w liczbie 11 ludzi oraz Stefana Kulasa ps. Steyer, w liczbie 6 ludzi”. Obok na mapce schematyczny rysunek – wykopana w ziemi jama, której ściany sa obłożone pniakami, do wyjścia na górze prowadzi drabinka.

Rozglądam się wokół, obchodzę teren, bunkra nie znajduję. Pozostaje wyobraźnia. Co robili w jedenastu ściśnięci w małej piwniczce w długie zimowe wieczory, poza tym że przeklinali los, marzli i bohatersko walczyli o niepodległość?

Grzybowski Młyn - Gołubie.

Grzybowski Młyn – Gołubie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Jezus sympatyczny

Przed wsią bardzo ładny Jezus z dużymi dłońmi. Jeśli dłonie czynią dobro, to powinny być duże, żeby dużo dobra uczyniły. Jezus bardzo ludowy, okrąglutki taki, sympatyczny. W spojrzeniu zamyślony. Nie ma w sobie nic z produkowanych masowo, zapewne w Chinach, szkieletorów cierpiących. Obok ławeczka, dalej widok na dolinę rzeczki Granicznej, drogę pylistą, drogę polną, mostek i wieś. Ładniutko.

Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika. 1

Grzybowski Młyn – Gołubie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Ekodachy

Łubiana. Dwa dachy we wsi. Obydwa ekologiczne, każdy na swój sposób, obydwa mają stawić czoła globalnemu ociepleniu i emisjom dwutlenku węgla. Jeden na szopie, porośnięty trawą, zwiększa powierzchnię biologicznie czynną. Drugi cały pokryty panelami słonecznymi, zmniejsza zużycie paliw kopalnych.

Napisy

Obok dachu z panelami zaniedbany budynek, zagracone nieco podwórko, a u jego wejścia tablica z napisem wymalowanym farbkami: “Wesoły Domek”.

Kilkaset metrów dalej świezo wyremontowane skrzyżowanie, żwirek, krzaczki, kwiatki, trochę miejsko się robi, betonowy słup sieci trakcyjnej, do niego przymocowany śrubami pogięty kawałek blachy z napisem pretensjonalnie chłodzącym w upalne południe: “500 m. Cafe Disco Blue Orange” . Obok namalowana pomarańcza przypominająca pomidora. Dizajn radośnie prowincjonalny, a jakże uroczy. Liternictwo na miarę potrzeb wsi. A jakże komunikatywne.

Chłopak

Z Łubiany do Garczyna. Na mapie droga szutrowa, w realu elegancka schetynówka, z chodnikiem. Rozbolało kolano, zwalniam, kuleję, zrównuje się ze mną chłopak, na oko lat piętnaście. Ma na sobie eleganckie skórzane półbuty, teraz przykurzone, ale chyba jeszcze dziś rano pastowane na błysk, dżinsy marmurki ze ściągaczami u dołu, jako żywo przywołujące na myśl lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych. Chłopak idzie do Kościerzyny. Piechotą, tak samo, jak chodziło się z Łubiany przed stu i dwustu, a pewnie i trzystu laty, tą samą drogą, choć o samym Schetynie i jego schetynówkach nikomu się jeszcze nie śniło. Okazuje się, że nogi wciąż służą do przemieszczania się – nie dla przyjemności, tylko dla potrzeby. Choć pewnie chłopak za rok lub dwa zrobi prawo jazdy i kupi sobie jakąś starą corsę albo nawet passata.

Nie śmiem go pytać, dlaczego się tak wystroił. Musowo, że na randkę – tak sobie wyobrażam, i niech tak pozostanie. Skręca w las. Dodaje, że za godzinkę będzie na miejscu.

Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika. 4

Grzybowski Młyn – Gołubie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Grób

Izolda Wysiecka, od niej należałoby zacząć, choć wcale na trasie jej nie spotykam. Mieszka w Juszkach – przeuroczej wsi obok Kościerzyny, z zawodu jest księgową, a z zamiłowania historykiem. Robi doktorat z historii i w wolnych chwilach zajmuje się tropieniem duchów. Jest mistrzynią w swoim fachu, i wcale nie mam tu na myśli rachunkowości (nic nie wiem o tym, jaką jest księgową). Kiedyś podesłałem pani Izie zdjęcie rybaka z przełomu wieków, a po dwóch dniach miałem na mailu historię jego rodziny. Jak to zrobiła? Nie wiem. Podobno “wszystko jest w archiwach”.

Kiedy przed Garczynem mijam przydrożny grób, wiem, że z tą kwestią trzeba będzie zgłosić się do pani Izy.

Na grobie widnieje napis: “Tu spoczywają zamordowani przez hitlerowców w dniu 12.9.1939 mieszkańcy Kościerzyny Herman i Rozalia Mendelson oraz Wilhelm Zamuri. Cześć ich pamięci”.

Chodzi o Żydów. W dwudziestoleciu międzywojennym było ich w Kościerzynie zaledwie kilku, choć jeszcze w 1886 roku było ich 468, w 1920 – 95 osób, a rok później, po włączeniu tych ziem do Polski, w Kościerzynie mieszkało tylko 18 osób narodowości żydowskiej. Przed wybuchem wojny zostały już tylko dwie rodziny. Gdzie się podziali? Żydzi z Kaszub w tym okresie masowo emigrowali do Niemiec, z którymi kulturowo i mentalnie było im bardziej po drodze. Herman i Rozalia byli więc jednymi z ostatnich, którzy pozostali w Kościerzynie.

Bronisława Niedzielska w książce “Kłaniam ci się, Kościerzyno”, pisze: “Drugą rodziną żydowską w naszym mieście byli Mendelsonowie. Znałam ich tylko jako starsze małżeństwo. Czy mieli dzieci, nie wiem, bo jakoś nigdy się o tym nie mówiło. Pan Mendelson miał sklep i warsztat krawiecko-kuśnierski przy ul. Gdańskiej, w którym szył i sprzedawał męskie czapki, dlatego mówiło się o nim po prostu „czapnik Mendelson”. Należał do cechu krawiecko-kuśnierskiego i bywał nieraz w pracowni mojego ojca. Oboje Mendelsonowie byli ludźmi spokojnymi, żyli ze wszystkimi w zgodzie. (…) Mają swój grób w lesie koło Garczyna, gdzie pochowali ich litościwi tutejsi ludzie, gdy we wrześniu 1939 roku zamordowani zostali strzałem w tył głowy przez kościerskich hitlerowców.”

Wiadomo więc kim byli Mendelsonowie, do wyjaśnienia pozostaje trzeci pochowany w tym miejscu: Wilhelm “Zamuri”. W zasadzie nie “Zamuri”, tylko “Zamory” – na nagrobku jest błąd w zapisie nazwiska. Był on starszym bratem Rozalii. Prowadził sklep z lustrami i wyrobami ze szkła w Gdańsku, i dobrze mu się wiodło. Wiadomo, że miał duży dom z ogrodem.

Dlaczego we wrześniu 1939 roku przyjechał do Kościerzyny, do siostry i szwagra? Czy myślał, ze tu, na prowincji przeczeka jakoś trudne czasy? Może chciał uniknąć szykan, których doświadczali Żydzi w Gdańsku? Tego się już nie dowiemy.

12 września 1939 roku wieczorem zatrzymani wcześniej przez Niemców: Rozalia i Herman Mendelsonowie (w zasadzie: Mendelsohn), Wilhelm Zamory oraz Polak Augustyn Olszewski z Liniewa zostali załadowani do ciężarówki. Wiemy o tym z relacji Augustyna Olszewskiego (zatrzymany w 1939 roku przez Niemców za to, że przed wojną zeznawał jako świadek przeciwko Niemcowi w procesie sądowym). Na drodze do Garczyna ciężarówka się zatrzymała.

Trójka Żydów była juz po sześćdziesiątce, z trudem zapewne zeskakiwali z samochodu wśród wyzwisk i krzyków “Jude raus!”.

Niemcy kazali im odwrócić się plecami, iść drogą przed siebie. Padły strzały. Troje Żydów zginęło, Augustyn został ranny i zdołał uciec z miejsca egzekucji. Przeżył wojnę i był jedynym świadkiem tego, co stało się na tej drodze. Miejscowi pochowali zabitych. Nagrobek postawiono w 1982 roku.

Pani Iza nie tropi duchów, źle napisałem. Pani Iza daje im drugie życie. Dzięki księgowej z Juszek powstają oni z martwych.

Huk

Idę dalej, próbując wsłuchać się w tamten wrześniowy wieczór. Huk wystrzałów. Nie, to nie jest kwestia imaginacji. Wystrzały się nie wydają, one rozbrzmiewają naprawdę. Jeden po drugim, krótkimi seriami. Są nieprzyjemne, brutalne i groźne.

Zbliżam się do Powiatowego Centrum Młodzieży im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Chyba całe moje pokolenie mieszkańców Trójmiasta, kojarzy to miejsce z obozami Przysposobienia Obronnego. Lekcji PO dawno już nie ma, choć paramilitarny charakter ośrodka pozostał. W końcu imię patrona zobowiązuje.

Na miejscu czysto jakby ktoś zamiatał codziennie las na terenie ośrodka, gumowa zapiekanka, kawa w “Kantynie”, ulotka: “Survival Adventure Squad. Szlak trapera, budowa tratwy, przeprawa przez bagna, bitwa łucznicza i wykradanie flagi”. Senna atmosfera, dostawa lodów, przyciszone przekleństwa jakiś facetów palących ukradkiem papierosy, nieustanny huk wystrzałów.

Krótki popas, garb na plecy, kije w doń. Kierunek: Skorzewo.

Wieprznica. Młyn

Opowiem wam historię starego młyna, który nad brzegiem rzeki dumnie stał, w nim młynarz Jakub mieszkał od lat, mieląc ziarno śpiewał tak: młynie stary, zakręć swoim kołem, niech tam ludziom radość da wypiekany kołacz. Aż lat temu chyba sto Bóg Jakuba wezwał, został po nim stary młyn w którym nikt nie mieszka…”
Rzeczywiście, z pewnością już nikt tu nie mieszka. Chwieje się stary młyn na Rakownicy, chybocze, chyli ku rozpadowi na pojedyncze deski, które teraz wyglądają jakby były ledwo co doklejone. Tabliczka z napisem: „Stanisław Czapiewski”, pod nią jeden znicz. Dobudowana z gazobetonów buda. Skrzynki z piorunami na żółtym tle ostrzegają przed zbliżaniem się, a zarazem dają nadzieję, na to, że w środku, w dole, niewidoczny płynie jeszcze jakiś prąd. Prąd rzeki, prąd życia, prąd historii, prąd niestały, bardzo zmienny.

Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika. 5

Grzybowski Młyn – Gołubie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Raz na wozie, raz pod wozem

Opowieść snuje młyn, opowieść o Peplińskich. Dziś mówimy o nich: kaszubscy Drzymalici. Tymczasem Kaszuba Aleksander Pepliński zamieszkał w wozie mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Michał Drzymała zrobił to samo na Wielkopolsce. Więc równie dobrze można by mówić o tym drugim: wielkopolski Pepliński. Ale, co tam, to przecież nie ma większego znaczenia. Drzymała miał to szczęście, że pisali o nim Henryk Sienkiewicz, Maria Konopnicka i Bolesław Prus, zaś o Peplińskim „tylko” Aleksander Majkowski.

Dziś może by założyli grupę na Facebooku i nadawali relacje online, z tego jak o kilka metrów przesuwają swoje domostwa. W tedy jednak raczej o sobie nie wiedzieli.

Aleksander Pepliński był osobą bardzo zamożną. Po ojcu odziedziczył 240 ha ziemi, kilka jezior, cegielnię. Pruskim władzom było to nie w smak. Za bogaty, za polski, za kaszubski. Coś trzeba było z nim zrobić. Zaczęto więc go nękać podatkami. Nie dający się zgermanizować Kaszuba musiał wyprzedawać majątek (ale tylko swoim, Kaszubom, żadnym Niemcom), by móc spłacać należności.

1904 rok, Peplińscy mają już tylko 100 hektarów ziemi i przeprowadzają się tu, do wioski Wieprznica. Chcą wybudować dom. Ale w tym czasie w Prusach wchodzą w życie przepisy, które uzależniają uzyskanie pozwolenia na budowę domu od decyzji pruskich urzędników. A ci Peplińskiemu zgody nie wydają. Stawia więc uparty Kaszuba na swojej ziemi wóz cygański (w jednej z wersji tej historii otrzymuje go w darze od zakonnic z Kościerzyny), i przenosi go z miejsca na miejsce, rzecz jasna – w obrębie swojej parceli. W ten sposób omija przepisy zakazujące mu wybudowania domu. Wkrótce uporczywą walkę z pruską administracją przejmuje po nim jego syn, Franciszek. Jest 1907 rok.

Zachowała się fotografia Franciszka. Imponujący ma wygląd. Ubrany w koszulę ze sztywnym, stojącym kołnierzykiem, pod krawatem, w garniturze i płaszczu, spoglądający śmiało w obiektyw, z pieczołowicie wypielęgnowanym wąsem na pół twarzy. Smukła twarz, wydatne kości policzkowe, bujna fryzura, przystrzyżony „na jeża”. Spojrzenie dumnego ziemianina.

W 1911 roku Franciszek Pepliński pisał do pruskiej administracji: „Mój dziad Feliks, mój ojciec Aleksander i ja Franciszek, obrabiamy ziemię własną, ziemię kaszubską, a Kaszuby zawsze były polskie. Wara od niej! Gdy przyjdziecie do mnie mówić mi, że na swojej ziemi nie mogę budować, ręce poobcinam…”.

Spoglądając na fotografię można uwierzyć, że dumny Kaszuba mógł swoje pogróżki zamienić na czyny.

I tak oto wóz zmienia miejsce co osiem dni, Prusacy wściekli. W końcu znajdują sposób na Franciszka – idzie za kratki za kłusownictwo. Po odbyciu wyroku w 1914 roku zostaje wcielony do pruskiej armii i trafia na front. Wraca z wojny w 1918 roku i zastaje zrujnowane gospodarstwo.

Musi zaczynać od nowa. Zmienia kilkukrotnie miejsce zamieszkania i ostatecznie osiedla się koło Starogardu Gdańskiego – w 1929 roku od rządu polskiego dostaje, w uznaniu zasług, 18-hektarowe gospodarstwo.

Przychodzi 1939 rok, Niemcy o nim nie zapominają. Odbierają mu majątek, Franciszek z rodziną po raz drugi zostaje z niczym. Zostaje parobkiem u Niemców.

Ostatnie lata życia spędza w zapomnieniu i biedzie. Umiera w 1958 roku.

Tymczasem… Michał Drzymała po pierwszej wojnie światowej, gdy nadchodzi upragniona Polska, żyje w biedzie, mimo że w 1908 roku cały kraj mu kibicował, a nawet ufundowano mu wówczas nowy wóz.

Pisarz Józef Weyssenhoff, znany i popularny w dwudziestoleciu międzywojennym, odwiedza Drzymałę w 1927 roku. Poruszony losem niedawnego bohatera narodowego, nagłaśnia sprawę, i Drzymała wraca na salony.

Zachowało się zdjęcie, na którym siedzi chłop wielkopolski, ze swoim twardym, jakby ciosanym wyglądem, wśród urzędników przypominających ubrane we fraki pingwiny. W 1927 roku twardy Wielkopolanin otrzymuje od państwa 15-hektarowe gospodarstwo i rentę w wysokości 2400 zł. rocznie.

Drzymała zmarł 27 kwietnia 1937 roku, dwa lata później wieś Podgradowice, dla uczczenia bohatera, przemianowano na Drzymałowo.

Dziś jeden z nich jest ogólnopolskim symbolem oporu wobec germanizacji, o drugim wiedzą co najwyżej pomorscy regionaliści, badacze historii i nauczyciele języka kaszubskiego.

Ważniejsze niż szałasy

Kije w dłoń, garb na plecy, z pieśnią na ustach: „Opowiem wam historię starego młyna, który nad brzegiem rzeki dumnie stał…”.

Ostatnio Martyna Bunda, pisarka, autorka książki „Nieczułość”, której akcja toczy się na Kaszubach, najpierw w wywiadzie ze mną, a potem podczas spotkania autorskiego, mówiła, że dzieciństwo pozostawia po sobie tak mocne wspomnienia, że żadne inne, późniejsze, nie są w stanie przesłonić, przyćmić tych dziecinnych. Że nie potrafiłaby swojej powieści, swoich bohaterów umieścić w innym świecie niż jej własny świat dzieciństwa.

Do niedawna nie uzmysławiałem sobie, jak bardzo moją literacką wrażliwość, a być może i styl, ukształtowały – banalne najczęściej w treści (dziś to widzę), pieśni śpiewane przy harcerskich ogniskach.

…w nim młynarz Jakub mieszkał od lat, mieląc ziarno nucił tak: młynie, stary, zakręć swoim kołem, niech tam ludziom radość da wypiekany kołacz…

Kto wie, może w moim przypadku pieśni te były ważniejsze niż nocne podchody, obozowe miłostki i noclegi w szałasie.

A sam młyn w Wieprznicy dziś, gdy go pierwszy raz zobaczyłem, okazał się być młynem archetypicznym, młynem zgodnym ze absolutnym wzorcem młyńskości, wyśpiewanym po stokroć  przy harcerskich ogniskach. Najbardziej młyńskim młynem ze wszystkich młynów. Takim, jak w pieśni. Młynem jakubowym.

Nadpobudliwy

Skorzewo. Pod sklepem, przy ruchliwej drodze, na zielonych plastikowych krzesełkach, w palącym słońcu. Piwo w tych warunkach – to groziłoby zgonem, jest więc pepsi i czekoladowy wafelek XXL. Cukier pilnie potrzebowany.

Jest chudy, przygarbiony i energiczny, rzuca mi „dzieńdobry”, bierze trzy piwa i śmiga przez jezdnię do tamtych dwóch co stoją i gawędzą przy płocie.

Tamci dwaj mają świeże oddechy, podkoszulki i dżinsy, oglądają swoje SUV-y zaparkowane na wybrukowanych podjazdach przed swoimi porządnie ocieplonymi domami w pastelowe elewacje.

On zaś jest brudny, roboczy i nadpobudliwy. Podbiega wręcz do nich, daje po piwku, stoją, popijają. Oni mówią, a chudy stoi i przestępuje z nogi na nogę. Dawno już swoje piwo wypił i jakby na coś czekał. W końcu kończą i oni, oddają mu butelki, on gna przez jezdnię z powrotem do sklepu, żeby je oddać. I gdzieś znika, bogatszy o sześćdziesiąt groszy, nie wiadomo gdzie, pochłonięty przez własną energię. Ci dwaj dalej stoją niewzruszeni, niespieszni, leniwi i nasyceni, rozsądni i władczy, spoglądając raz po raz na elewacje swoich domów i zaparkowane przed nimi auta.

Grzybowski Młyn - Gołubie. Garść prawd podręcznych wanożnika. 6

Kanka

Leży na środku drogi między Skorzewem a Sikorską Hutą. Leży i się śmieje, tak bardzo się śmieje, że aż się przewróciła, a może przewróciła się, i właśnie to ją tak rozbawiło. Może usnęła pijana mlekiem i miodem i słońcem, bezczelnie, na środku drogi, wyzywająco. Pusta jest, lekka, beztroska. Zagubiona, ale przecież jeszcze nie zgubiona ostatecznie.

Jeszcze kiedyś będzie z niej mleko.

Wielu się ludzi zeń napije…

***

[Fragment książki: “Pięćdziesiąt tysięcy prawd podręcznych. Wanoga znaczy po kaszubsku wędrówka” Tomasza Słomczyńskiego, która powstaje przy pomocy finansowej Województwa Pomorskiego]

W poszukiwaniu nagrzanej ulicy. Maria Dąbrowska w Kartuzach 1

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły