Wejherowo - Osłonino. Początek końca wędrówki - Magazyn Kaszuby
Wejherowo - Osłonino. Początek końca wędrówki 5
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Wejherowo – Osłonino. Początek końca wędrówki

Od tego momentu opowieść o wanodze z Chojnic do Pucka nie będzie już pisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Zamiast “ja” będę teraz pisał: “my”. A to z tego powodu, że dwa ostatnie dni mojej wędrówki – z Wejherowa do Władysławowa, postanowiłem odbyć w gronie przyjaciół.

Nie będę ich przedstawiał z imienia i nazwiska, dość powiedzieć, że oprócz mnie maszerowało w sumie pięciu chłopa, a średnia wieku to okolice czterdziestego piątego roku życia.

Wyruszyliśmy ze stacji Wejherowo Śmiechowo. Skierowaliśmy się na północ, by jak najszybciej wkroczyć do Puszczy Darżlubskiej.

Puszcza Darżlubska. Potężny, zwarty kompleks leśny, obok Lasów Mirachowskich największy na Kaszubach (nie licząc Borów Tucholskich, rzecz jasna).

Obrońcy Puszczy

Puszcza Darżlubska ma swoich obrońców. Nie trafiają na pierwsze strony gazet i do serwisów informacyjnych, nie przypinają się łańcuchami do harvesterów. Wczesną wiosną, przy okazji zbierania materiałów do jednego z artykułów, spotkałem się z nimi na leśnym dukcie. Przyszli we trzech.

Opowiadali, jak próbują nie dopuścić do budowy drogi, która oddzieli południowy fragment Puszczy od reszty lasu. Tą drogą ma ruszyć cały ruch z głębi Polski na Półwysep Helski. Stanie się tak po wybudowaniu Obwodnicy Metropolitalnej i Trasy Kaszubskiej. Wystarczy spojrzeć na mapę planowanych inwestycji by skonstatować, że w sezonie ruszą przez puszczę dziesiątki tysięcy samochodów dziennie. Słynne już chyba w całej Polsce korki między Gdynią a Puckiem mają w ten sposób zostać rozładowane.

Arkadiusz, Adam – mieszkańcy Kąpina, Darżlubia. Wtedy, w marcu 2017 roku był z nimi pan Marek, myśliwy. Też jest przeciwny. Obrońcy działają na Facebooku. Protestują, zbierają podpisy. Sprowadzili się tu przed laty, żeby – jak mówią, mieszkać w lesie, a teraz czują, że ktoś chce im coś zabrać, coś bardzo ważnego i cennego. Temat od czasu do czasu trafia na łamy lokalnych gazet, portali i anteny rozgłośni. Ale jakoś tak bez huku. Mimo, że to obszar chroniony Natura 2000, że żyją tu wilki, bieliki i niewielkie, rzadkie sowy – włochatki.

W lutym 2018 roku Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wydała postanowienie, w myśl którego można będzie budować tu drogę, z pewnymi niewielkimi obostrzeniami. Decyzja ta wywołała gwałtowne protesty organizacji zajmujących się ochroną przyrody. Trudno powiedzieć, czy sprawa jest ostatecznie rozstrzygnięta.

Co na to Lasy Państwowe? Leśnicy nie widzą problemu.

Czytaj również felieton: Puszcza Darżlubska. Zostawmy ją w spokoju

Wracam do listopada 2017, do mojej wanogi. Droga ma przebiegać właśnie tędy – idziemy leśnym duktem (formalnie to droga powiatowa), który – być może, wkrótce stanie się szeroką na kilkanaście metrów szosą przygotowaną na ruch ciężarówek. Mija nas jeden samochód podczas ponadgodzinnego marszu.

Puszcza Darżlubska, zielone płuca Kaszub Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Puszcza Darżlubska, zielone płuca Kaszub Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Co ma wędka do zaśmieconego lasu

Listopad skapuje z liści, milczy uporczywie. W głuszy rozbrzmiewają nasze śmiechy, rozmowy, chrzęści pasek pod podeszwami ciężkich butów. Wokół czuć wilgoć i rozkład, smutek, jakby wszystko już się wydarzyło i nadeszła pora schyłku. W miejscu, w którym wiosną rozmawiałem z obrońcami puszczy siadamy na ławkach, żeby łyknąć żołądkowej i coś przekąsić. Podjeżdża wielki nissan – furgonetka. Za kierownicą siedzi strażnik leśny. Sugeruje coś, że ten cały śmietnik (jest sporo śmieci wokół wiaty) to nasza wina. Mówi, że gdy nad jeziorem są śmieci, to wędkarz jest odpowiedzialny za to… Że i my zasłużyliśmy na mandat, bo wokół nas jest tyle śmieci. O to mu chyba chodziło.

– Ale my nie mamy wędek.

Odjechał. W sumie był sympatyczny, tylko straszne głupoty gadał.

W puszczy Darżlubskiej. Na drugim planie – “droga powiatowa”, która ma zostać zamieniona na kilkunastometrowej szerokości asfaltówkę.

Gród

Dwie godziny przez puszczę, i Sławutowo wita po słowiańsku – nagle, gdy kończy się las, zaczyna wieś, po lewej ukazuje się naszym oczom drewniana figura. Potem będziemy mijać następne.

Osada Słowiańska w Sławutowie funkcjonuje od 2015 roku.

Niewielki parking, przechodzi się przez bramę z wieżyczką strażniczą. Wchodzi się do grodu z IX-X wieku. Osiem chat skupionych wokół kamiennego kręgu. Wszystko otoczone jest drewnianym ostrokołem. Na myśl przychodzą komiksy z Kajkiem i Kokoszem.

Gdy byłem tu w sierpniu, w grodzie gospodarowały trzy Słowianki. Oprowadzały kolejno – wymieniając się. W grupie gości, całą rodziną słuchaliśmy tutejszych wiedźm i ich słowiańskich opowieści.

Słowiańskie opowieści w Sławutowie

– Zakładanie domostwa rozpoczynało się od budowy paleniska. Palenisko zbudowane jest z gliny, słomy z dodatkiem krowiego i końskiego łajna. Nad paleniskiem znajduje się łóżko – ciepło unosiło się do góry. Chodziło o to, żeby wygrzać się… Ludzie wówczas nie cierpieli na reumatyzm. Z prostego powodu – najczęściej nie dożywali wieku, w którym występuje ta dolegliwość. Jeśli zaś chodzi o dom, w którym się znajdujemy – jak myślicie, dlaczego są tu tak wysokie progi? Odpowiedź jest dość prosta. Cały taki dom, dokładniej rzecz biorąc – podłoga, to jeden wielki kojec. Chodziło o to, żeby małe dzieci samodzielnie nie opuszczały domostwa, gdzie były względnie bezpieczne. Poruszały się po domu swobodnie.

– Dom, w którym stoimy, jest nieco wyższy od tych, które powstawały na przełomie IX i X wieku. Ten tutaj jest dostosowany do potrzeb turystów. Ludzie byli niżsi, niską chałupę łatwiej jest ogrzać. Wchodząc do domu trzeba się było pochylić, ukłonić. To był również gest szacunku okazywanego gospodarzom.

– Czy wolałyby panie, żeby mężczyźni mówili na was: “niewiasty” czy “wiedźmy”? Niewiasty, tak? Otóż muszę wam powiedzieć, że słowo “wiedźma” oznaczało kobietę,”która wie”, o dużej wiedzy. Niewiasta – to przeciwieństwo wiedźmy. Ja bym wolała być nazywana “wiedźmą”, nie “niewiastą”.

– Wiedźmy były kimś w rodzaju dzisiejszej służby zdrowia. Leczyły z chorób ziołami. A jeśli chodzi o znieczulenia… Były dwie metody: zbutapiryna i piąchapirazol…

– Wiedźmy kojarzą nam się ze starymi, brzydkimi kobietami, z krzywym nosem i obowiązkowym pryszczem na twarzy. Tymczasem były to panie, które potrafiły wykorzystywać zioła, również do dbania o urodę. Możemy sobie wyobrazić młode, piękne Słowianki, które trudnią się zielarstwem. Jednak – samotne. Ich profesja wymagała, by nie wchodziły w związki z mężczyznami.

– Wiedźmy nie mogły się mylić. Za pomyłkę, powiedzielibyśmy dzisiaj – błąd lekarski, groziło wygnanie z osady. W tamtych czasach to było gorsze niż śmierć. Człowiek mógł przetrwać tylko w grupie, z innymi.

Osada słowiańska w Sławutowie to tak zwana atrakcja turystyczna, ciesząca się coraz większą popularnością. Panie wiedźmy opowiadały o tym, czego same doświadczają, jakby naprawdę trochę żyły w tym swoim X wieku. Tylko paznokcie miały takie zadbane, krwistoczerwone.

Osada Słowiańska Sławutowo. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Osada Słowiańska Sławutowo, lato 2017. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Pomnik

Tuż obok grodu, po drugiej stronie drogi, która teraz opuszcza las i wiedzie przez pola, stoi obelisk. Zastanawiający jest umieszczony na nim napis:

966

Tym co w stanie wojennym zagospodarowali ten zakątek ziemi.

Odeszli przedwcześnie.

1981-2 2002

Niżej zapisane są nazwiska kilku mężczyzn i jednej kobiety, z adnotacjami dotyczącymi ich zawodów.

Pod obeliskiem stoją znicze, białe chryzantemy i wrzosy.

Próbowałem wyjaśnić, co autor pomnika miał na myśli, kogo chciał upamiętnić. Dowiedziałem się niewiele, że powstał z inicjatywy jednego z mieszkańców. Ku upamiętnieniu znajomych. Wątek polityczny? Nieznany.

Wejherowo - Osłonino. Początek końca wędrówki

Pomnik w Sławutówku. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Makabryczny taniec hrabiny

W Sławutowie mijamy pałacyk zwany “Pałacem Below” od nazwiska ostatnich właścicieli. Związana jest z nim tragiczna historia, a ile w niej prawdy, ile legendy – trudno dzisiaj powiedzieć. Zresztą nie można wykluczyć, że było tak, jak powiadają… A mianowicie: w czasie drugiej wojny światowej gospodarowała tu Henrietta von Below. Była lubiana wśród miejscowych Kaszubów, których zatrudniała. Gdy w 1945 roku wkroczyli do majątku Rosjanie, zaprosiła ich do pałacu. Ponoć chciała w ten sposób uchronić siebie i swoich pracowników, mieszkańców majątku, przed gwałtami i grabieżami. Sowieci jednak wyprowadzili ją do ogrodu, a że nie chciała z nim tańczyć, strzelali jej pod nogi. Jedna z kul trafiła hrabinę. Rosjanie dalej stacjonowali, nie pozwalając miejscowym udzielić pomocy rannej kobiecie. Henrietta konała w ogrodzie przez tydzień. W końcu ktoś wykradł jej ciało i pochował obok zmarłego wcześniej męża.

Po wojnie pałac został siedzibą PGR-u. W 2001 roku został wykupiony przez osobę prywatną i odrestaurowany na hotel.

Na niby

Przechodzimy obok pałacu, minąwszy zamknięty poza sezonem Park Ewolucji (za płotem smutni Flinstonowie i dinozaury mokną w deszczu). Na jeziorku kolejna atrakcja. Tak zwany wakeboard. Wyskakuje się za pomocą tego czegoś w powietrze i czyni ewolucje. To wszystko na wodzie, z deską pod nogami.

Pamiętam cudny pałacyk z lat ubiegłych. Dostojnie sobie trwał w krajobrazie, który był przecież tak ważny dla tego miejsca, tak uroczy. Chciało się tu oddychać pełną piersią. Człowiek cieszył się, że zupełnie za darmo i na krzywy ryj, znajduje siebie samego częścią pejzażu, który żywcem został przeniesiony z dziewiętnastowiecznej akwareli.

Dziś pałac wygląda jakby był wciśnięty między plastikowe dinozaury i rampy do fruwania nad wodą. Po raz kolejny przekonuje się, jak nisko cenimy sobie krajobraz, jakby nie był żadną wartością. Dziś, w tym otoczeniu pałac wygląda groteskowo. Jakby był częścią jakiegoś megaparku rozrywki. Jakby był na niby.

Koń i huśtawka

Smolno. Dochodząc do wsi, mijamy staw. Przed stawem łąka. Na łące pasą się konie, zimnokrwiste. Ale z jednym jest coś nie tak. W przedziwny sposób zaplątał się w zwisającą z gałęzi huśtawkę. Jakoś tak niefortunnie (jak to zrobił?), że liny i siedzisko owej huśtawki ma pod brzuchem. Przerażone zwierzę co jakiś czas rozpaczliwie próbuje się uwolnić, stając dęba. Inne konie, w bezpiecznym oddaleniu spoglądają na niego lękliwie.

Widok jest żałosny.

Postanawiamy coś zrobić, zanim koń zrobi sobie krzywdę. Dowiadujemy się od przechodzącego mężczyzny, w którym domu mieszka właściciel stada, chcemy iść do niego, powiedzieć mu, żeby coś zrobił… Ale nie musimy interweniować. Widzimy, jak szybkim krokiem gospodarz idzie przez łąkę do uwięzionego zwierzęcia. Po chwili zawraca po coś do domu, prawie biegnie. Moment i jest z powrotem przy uwięzionym zwierzęciu z nożem. Jednym ruchem uwalnia ogiera, który kłusem odbiega na kilka metrów, szczęśliwy. To największy ogier w stadzie.

Inne konie podbiegają do swojego właściciela, on je głaszcze po chrapach, uspokaja. Już dobrze, już wszystko w porządku, nic się nie stało.

Dwóch mężczyzn stoi, tak jak my, na drodze, przygląda się zdarzeniu i komentuje. Córka właściciela, kiedy wychodziła za mąż, otrzymała konia w prezencie ślubnym. Koń szedł uwiązany za bryczką w weselnym korowodzie. Na honorowym miejscu. Ta rodzina znana jest we wsi z miłości do koni. Choć, być może „miłość”, nie jest tu, na wsi kaszubskiej, najodpowiedniejszym słowem dla opisania tego, co widzieliśmy w Smolnie. Może to po prostu przywiązanie, tradycja, zwyczajna rzecz. Bez niepotrzebnej emfazy.

Jak szczeniak

W Mrzezinie widzę innego wielbiciela koni, w zasadzie jednego konia, do którego przytula się na podwórku, karmi go warzywnymi, końskimi jakimiś smakołykami. Ma około trzydziestki, ubrany jest w robocze ciuchy. Wszystko dzieje się przy ruchliwej szosie, niemalże w centrum wsi. Podwórko jest naprzeciw sklepu, obserwuję ich siedząc na ławce podczas krótkiego odpoczynku. Po chwili właściciel wielkiej zimnokrwistej klaczy, kuśtykając wychodzi z podwórza zamykając za sobą bramę. Koń, niczym pies, staje przy płocie, wystawia łeb nad chodnik i patrzy za swoim panem. Jest wyraźnie zaniepokojony. Po kilku minutach jego pan wraca, koń cieszy się jak szczeniak.

Strażacy. Upływ czasu

Mrzezino. Stoją przy drodze. Przyglądam się strażakom z OSP w Mrzezinie. Ustawili się do zdjęcia w dwóch rzędach, ci z przodu siedzą, ci z tyłu stoją. Wszyscy na lewej dłoni mają ustawione strażackie hełmy. Zapewne błyszczały w słońcu, na czarno-białej fotografii, jednak tutaj tego nie widać. Większość z nich ma po kilkanaście, może dwadzieścia lat, u kilku wąs ledwo co sypie się pod nosem. Marsowe miny. Nie dziwota, wszak takie zdjęcie w galowych strojach, to przecież poważna rzecz, trzeba jakoś wyglądać. Podpis: „Lata 70 XX wieku”.

Takich tablic ze zdjęciami, stojących przy drodze, jest w Mrzezinie więcej. Na nich dawne budynki, spoglądają nieżyjący już ludzie, tak mocno osadzeni w nieistniejącym już świecie. Są nieruchomi, jak drzewa, które po nich pozostały. Tacy poważni, niemalże monumentalni, zaświadczają upływ czasu, dowodzą, tego, o czym wiedzieć nie chcemy. Że nasz świat też kiedyś odejdzie w przeszłość. Że ze swoimi smartfonami, internetami i gps-ami jesteśmy tu tylko na chwilę.

Tymczasem spieszymy się, żeby jeszcze za widnego zdążyć popatrzeć na rezerwat Beka. Czas goni, a chciałoby się ciągle przystawać, i patrzeć w oczy fotografiom.

Wejherowo - Osłonino. Początek końca wędrówki 1

Strażacy z Mrzezina. Jedna z tablic stojących przy drodze. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Morze

Idziemy teraz szybko, bo jest coraz ciemniej. Z Mrzezina wychodzimy szosą na dół, niebieskim szlakiem. Teraz po lewej mamy jakieś liche domki, baraki jakby takie, po prawej zaś… Po prawej rozciąga się widok na rezerwat Beka, i na morze.

Tak, to ten moment mojej wędrówki, którą wiosną rozpocząłem w Chojnicach. Pamiętam doskonale pierwsze kroki, gdy wkraczałem do lasu, żółtym szlakiem. Jakże było gorąco i parnie, sobotnie późne popołudnie, tego wieczoru miałem nocować nad jeziorem Bardze Duże. Tam, gdzieś tam na południu zaczynają się Kaszuby. A teraz, po raz pierwszy, listopadowym późnym przedwieczorem, w zapadającym mroku dostrzegam morze. Jeśli tam Kaszuby się zaczęły, to tu, niebawem, nad morzem, się skończą. A z nimi skończy się moja wanoga.

Chmura i rwetes

Jednak znowu – nie ma czasu na jakieś wzruszenia. Zresztą towarzyszący mi panowie nie są skorzy do jakiejkolwiek melancholii. Wręcz przeciwnie. Głośno komentują widok po lewej.

Szeroka dolina, gdzieś tam płynie rzeka Reda, uchodzi do morza. Ostoja ptaków „o randze europejskiej”.

Właśnie z wrzaskiem, słyszalnym z odległości wielu kilometrów, nad równiną bagien i szuwarów, przemieszcza się chmura ptaków. Są ich tysiące, są skupione w zmieniający się na wietrze owalny kształt. Robią zwykły sobie, przedziwny dla obserwującego je człowieka, rwetes. Zapewne ma to jakiś sens, całe to ich gdakanie. Być może rozpoznają swoje głosy, komunikują się jakoś ze sobą w tym hałasie. Jeśli tak, to niebywale trudno ów ptasi sens zrozumieć.

O rezerwacie Beka – czytaj TUTAJ

Przed jeden z domków wyszedł pan i przygląda się ptakom. Mówi, że bardzo lubi tak sobie wyjść i popatrzeć. Że to bardzo piękne miejsce, to w którym stoi jego domek na skraju rezerwatu, z widokiem na dolinę Redy. Że kiedyś tylu ptaków tu nie było, od paru lat jest ich coraz więcej, i to bardzo dobrze, bo to przecież piękne jest, jak tak latają – pokazuje ręką na kłębiącą się w oddali wrzaskliwą chmurę. Tłumaczy, że na nocleg wracają tutaj, a w dzień żerują gdzieś na polach. Pan nie wie, co to za gatunek, to gęsi jakieś są, ale nie wie dokładnie jakie, nie jest żadnym ornitologiem. Ale obserwuje je codziennie.

Śmiechy nadgorliwe

Na skraju rezerwatu jest punkt widokowy, zaznaczony nawet na mapie czerwonym słoneczkiem. Zrzucamy garby, kładziemy się w trawie. Rzucamy jeszcze przed zmrokiem ostatnie spojrzenia, które uciekają w dal, w przestrzeń, nieograniczone i wolne. Potem ptaki cichną, zapada zmrok. Gdzieś pewnie skuliły się w sobie w szuwarach. W tym ich ptasim świecie, dzień jak co dzień, noc jak co noc, dla nas jednak, jak leżymy w zimnej i wilgotnej trawie, w mroku, kiedy patrzymy na światła Rewy, to święto jakieś jest. Każdy z nas, mając to święte poczucie schowane tylko dla siebie, zabija czas i grozę nocy głupawymi żartami. Tylko dla nas zrozumiałymi, z których śmiejemy się nadmiernie i nadgorliwie. I tak ma być, tak jest dobrze.

Walec

Tuż przed Osłoninem, gdzie mamy umówiony nocleg w gospodarstwie agroturystcznym, mija nas walec drogowy. Równa szutrową drogę, w kompletnej ciemności. Nawet nie ma włączonych świateł. Dopada nas absurdalność tej sytuacji. Dopada i nie opuszcza. Tak, absurd najwyraźniej chce nam towarzyszyć, nasycić się przy naszych niemądrych słowach, nie na miejscu, żartach poniżej pasa i bezsensownych skojarzeniach. Nie przeganiamy go, dobrze nam się razem idzie.

Sołtys

Poznałem go w lutym tego roku. Pan Krzysztof Garstkowiak oprowadzał mnie po Osadzie Łowców Fok w Rzucewie. I opowiadał opowiadał…

Bo opiekujący się Osadą, pracownik muzeum, Krzysztof Garstkowiak jest: sołtysem Osłonina, założycielem tamtejszej Izby Regionalnej (powstała w 2001 roku), poetą – należy do klubu twórców, publikuje wiersze, członkiem Klubu Pasji Twórczej w Gdyni, rzeźbiarzem – wyrzeźbił w drewnie największą na świecie (rekord Guinessa) misę (tzw. kachel) i moździerz do mielenia tabaki, archeologiem – amatorem, poszukiwaczem zabytków archeologicznych po miedzach i polach. Jak mówi, odnalazł niejeden grób skrzynkowy. Historykiem – gawędziarzem. Miłośnikiem znajdującego się nieopodal rezerwatu przyrodniczego Beka, po którym czasem oprowadza wycieczki. Dziennikarskim skarbem, materiałem na zupełnie osobny reportaż. Jest pół-Kaszubą (mama Kaszubka, ojciec z poznańskiego).

– Staram się zatrzymać to, co odchodzi. Bo technika dzisiaj jest taka, że młodzież nie pamięta co było rok temu, a co dopiero dziesiątki czy setki, albo i tysiące lat…

Wobec tego pan Krzysztof “zatrzymuje w kadrze”. Mówią na niego “miejscowy historyk”. Sąsiedzi z początku patrzyli na niego jak na jakiegoś dziwaka. Ale to minęło już dawno.

– Doceniają, że robi coś dla ludzi, a nie przeciwko nim.

Reportaż z Krzysztofem Garstkowiakiem w roli głównej – czytaj TUTAJ

Planując nocleg w Osłoninie, zadzwoniłem do pana Krzysztofa, on polecił nam gospodarstwo agroturystyczne, załatwił, żebyśmy zostali przyjęci po sezonie na tylko jedną noc (to nie zawsze jest oczywiste), a teraz właśnie, po dwudziestu pięciu kilometrach marszu, pukamy do drzwi.

Święta ryba. Koniec wanogi

W gospodarstwie agroturystycznym dostajemy pokój sześcioosobowy. Dziś jest mecz, reprezentacja będzie grała z Urugwajem. Jest telewizor. Dziwnie się czuję nocując podczas wanogi w miejscu, gdzie wisi na ścianie płaski, ledowy telewizor z kilkudziesięcioma kanałami.

Zamiast karimaty i namiotu – wygodne łóżka z pościelą.

Po bezbramkowym remisie panowie idą spać, za wyjątkiem mnie i Piotra. Ruszamy w noc, na poszukiwanie plaży.

Tak, to jest ten moment, w którym mogę nacieszyć się spełnieniem, jakie ze sobą niesie widok morza, zapowiedź końca wanogi. I gdy tak stoimy z Piotrem na plaży, jest północ, pada deszcz ze śniegiem, stoimy, niewiele mówimy. Nagle podpływa do nas ryba. Duża ryba, ma na oko ze czterdzieści centymetrów długości, płynie wprost do nas, zakręca, w lewo, w prawo, tuż przy brzegu, gdzie fale opływają piasek, na płyciźnie. Jakaś lampa świeci na plaży, tak że widzimy dokładnie jej sylwetkę, jej niespieszne ruchy. Odpływa i wraca po chwili, jakby chciała nam powiedzieć, że się nas nie boi, że… Chce nas przywitać?

– Święta ryba – mówię. – Coś chciała mi powiedzieć.

Piotr milczy, nic nie odpowiada.

I tak to powoli kończy się moja wędrówka przez Kaszuby, moja wanoga.

Jutro ostatni etap, do Władysławowa.

Wejherowo - Osłonino. Początek końca wędrówki 3

Zatoka Pucka, fot. Marek Mizerski

***

[Fragment książki: Szwajcarya 2017. Kaszuby” Tomasza Słomczyńskiego, która powstaje przy pomocy finansowej Województwa Pomorskiego]

W poszukiwaniu nagrzanej ulicy. Maria Dąbrowska w Kartuzach 1

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły