Wydma Czołpińska. Ważne chwile - Magazyn Kaszuby
Wydma Czołpińska. Ważne chwile. 10
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Wydma Czołpińska. Ważne chwile

Wydma Czołpińska i Słowiński Park Narodowy – w dużej mierze dla takich właśnie atrakcji zdecydowaliśmy się spędzić urlop w Nordzie. Dla przypomnienia – Norda to właśnie północne, nadmorskie Kaszuby. Odmienne kulturowo (i językowo) od jeziornych Kaszub centralnych (okolice Kartuz) i borowiackich Kaszub południowych (Brusy, Chojnice).

Dlatego też pierwszego dnia, po kilkugodzinnym zbijaniu bąków w upale, zaplanowaliśmy wycieczkę do SPN.

Urlopowy blog Tomka Słomczyńskiego – poprzedni wpis

Muzeum nieistniejące. Borem, lasem

Minęła 15.00, gdy wyruszyliśmy z parkingu w Czołpinie w stronę latarni morskiej (miejsce na parkingu, bilety wstępu do SPN – 21 zł.)

Na mapie (uwaga – w tym miejscu jest lokowanie produktu – jak zawsze używam map EKOKAPIO) czytam informację, że znajduje się tu muzeum latarnictwa, jeszcze nieczynne. W rzeczywistości budynek jest nówka blaszka, wyremontowany przez Lasy Państwowe, że mucha nie siada. Dzwonienie domofonem jednak nic nie daje. Zamknięty na głucho. Nie oznacza to jednak, że nikogo w nim nie ma. Wręcz przeciwnie. Na parkingu zaparkowane samochody, między innymi służbowa terenówka Słowińskiego Parku Narodowego. Dlaczego więc nie ma tu muzeum? Jeszcze nie ma? Będzie?

Od zamkniętej furtki nieistniejącego (prawdopodobnie) muzeum do latarni jest kilometr drogi z kawałkiem, czyli tak zwany rzut beretem. Po drodze, skrzętnie niezauważane przez innych turystów, stoją sobie cichutko całkiem ciekawe tablice edukacyjne.

Nie zawsze jestem fanem takich tablic. Zbyt często są chybione – albo zawierają zbyt dużo tekstu i czytanie ich równałoby się zamianie wędrowania na stanie w miejscu, często są banalne w treści, gdy na przykład informują że w lesie dzięcioły zjadają korniki (obecnie cała Polska o tym wie) a mrówki… Wiadomo, co mrówki. Łażą.

Jednak tablice, które stoją przy niebieskim szlaku na drodze do latarni w Czołpinie, są ciekawe. Głównie dlatego, że przedstawiają to, co można samemu zauważyć – trzy rodzaje lasu, a właściwie boru, jakie wsytępują w strefie przybrzeżnej. Dzieciaki spokojnie mogą taką wiedzę przyswoić i samodzielnie rozpoznawać, odróżniać: bór bażynowy, bór wrzoścowy i bór chrobotkowy. Lekcja spostrzegania tego co wokół, co nie jest chipsami i gumami do żucia.

Po co są latarnie morskie?

Latarnia w Czołpinie (bilety wstępu dla czteroosobowej rodziny – 10 zł.). Widok na Wydmę Czołpińską. „Tam wkrótce będziemy”. To zawsze daje dzieciakom kopa do przodu. Widzą, gdzie idą, i chcą już tam być.

– Szymon, jak myślisz, po co taka wieża nad morzem, po co ludzie ją wybudowali przy plaży?

– Bo tam stoją ochroniarze z lornetkami i pilnują, żeby ludzie na plaży nie chodzili na wydmy się załatwiać.

– A jak zauważą, że ktoś się załatwia?

– To biorą megafon i krzyczą: „Halo, halo pan w zielonych kąpielówkach, proszę nie załatwiać się na wydmach!”. I wtedy wszyscy na plaży wiedzą, kto narobił na wydmie, i wtedy ten ktoś się strasznie wstydzi i już nigdy drugi raz tego nie zrobi.

– I po to jest latarnia morska?

– Nie, jeszcze po to, żeby statki na morzu wiedziały, gdzie jest brzeg.

Dalej na ścieżce przyrodniczej tablice, dzięki którym odróżniamy sosnę zwyczajną od sosny kosej (kosodrzewiny) i sprowadzonej tu niegdyś przez leśników sosny czarnej. Widać różnice na rysunku, widać w realu. Fajne. Dzieciaki… Może coś zapamiętają.

Wydma Czołpińska. Ważne chwile. 2

Latarnia w Czołpinie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Wydma Czołpińska. Ważne chwile. 3

Widok z latarni w Czołpinie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Pusta plaża

Jeszcze kwadrans przez las – i plaża. W lewo czerwony szlak do strzeżonego kąpieliska, w prawo – czarny, do Wydmy Czołpińskiej. Godzinka moczenia nóg, tyłków w wyjątkowo ciepłej i spokojnej wodzie Bałtyku. W końcu przyjechaliśmy nad morze. No to się trzeba zamoczyć. Pusta plaża. Powtórzę niedowiarkom: pusta plaża. Naprawdę, jak boni dydy, jak to się kiedyś ładnie mówiło dla podkreślenia własnej prawdomówności. To znaczy – co kilka, kilkanaście minut ktoś przechodzi, ale poza tym – pusto. Pełno wysychających na piasku meduz (w zasadzie należałoby powiedzieć: chełbi modrych w postaci meduzy). Wyrzucane przez morze giną na piasku. Wysychają, a dzieje się to wręcz masowo. Trudno, taki widać ich los.

Kamienie lśniące w chylącym się już nieco ku widnokręgowi słońcu.

Dzieciaki zafascynowane kamieniami. Idą jak nie nasze dzieciaki – skupione, ze wzrokiem wbitym w ziemię, pod nogi, pochylając się raz po raz. Stanowczy sprzeciw rodziców: „Nie ma mowy, nie będziemy nic brać do domu. Jesteśmy w parku narodowym”.

Czas zejść z plaży, bo Wydma Czołpińska już blisko. Dość uciążliwa droga pod górę, ale podejścia krótkie, kilkudziesięciometrowe. Zmęczone stopy zagłębiają się najdelikatniejszym na świecie piasku.

Co to jest piaskownica?

Jeszcze jedna, krótka, dwuzdaniowa wręcz lekcja przyrody. Dwa gatunki traw: wydmuchrzyca piaskowa i piaskownica zwyczajna. Szymon się śmieje, jak można mówić „piaskownica” na trawę, przecież każde dziecko wie, że jak jest piaskownica, to trawa tam nie rośnie. Hmmm…

Wracając do lekcji – trawy te chronią wydmy przed wydmuchaniem przez wiatr. Gdyby nie było traw, wydmy hasałyby sobie po całej okolicy. To widać zresztą jak na dłoni – wystarczy przyjrzeć się tak zwanym ostańcom. Tam gdzie jest trawa, jest górka, gdzie trawy niema – nie ma wydmy. Tylko zwyczajna pustynia. Tylko Tuaregów brak. Na szczęście, bo ponoć potrafią być niezbyt przyjaźni dla przybyszy.

Po krótkim wykładzie na temat Tuaregów, czas na gadkę historyczną (znowu: dwa zdania, nie więcej, żeby nie było, że ojciec łazi i ględzi zamiast pozwolić się turlać). Otóż: Łeba kiedyś znajdowała się po zachodniej stronie rzeki. Wiatr wiał, wydmy się przemieszczały, i zasypało miasteczko. Ludzie przenieśli się na drugą stronę rzeki (tak, tam gdzie dzisiaj występują dinozaury).

Ważne chwile

A propos turlania: na wydmie nie wolno: biegać, skakać, hałasować. Ale nikt nie napisał, że nie wolno po cichutku się turlać. Wykorzystując ten właśnie prawny kruczek, Szymon postanowił oszczędzić mięśnie nóg i turlał się ochoczo wykorzystując do poruszania się prawa fizyki. W tym czasie Natalia włączyła drugi albo trzeci bieg i wyrwała do przodu, żeby potem stwierdzić, że „dobrze tak sobie pochodzić po wydmach, żeby sobie samemu pomyśleć na spokojnie”. Przebłyski dojrzałości u początkującej nastolatki?

Ja zaś spostrzegłem, że na wydmie nie było prawie żadnych śmieci, a przecież w ciągu dnia pewnie przewaliły się tu tłumy. Czyżby turyści doznali jakiegoś ekoolśnienia?

Potem się okazało, że śmieci wyzbierała, idąc z przodu, Natalia. Nie poznałem własnej córki, przyznaję.

Przechodząc całą wydmę spotkaliśmy (nie uwierzycie…) jedną parę, zaledwie dwie osoby idące w przeciwnym kierunku. Byliśmy tam sami, na jednym z najpopularniejszych szlaków, w szczycie sezonu.

Edyta, spoglądając na coraz niżej schodzące słońce, stwierdziła, że to jest właśnie ten moment, na który czeka się tyle miesięcy myśląc o wakacjach. Tak było w zeszłym roku w Tatrach Zachodnich, tak jest tu, na Wydmie Czołpińskiej. To tylko chwile. Ale jakże ważne.

Wydma Czołpińska. Ważne chwile. 6

Wydma Czołpińska. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Demony

Z powrotem do samochodu, jakieś pół godzinki do parkingu, i w drogę do Smołdzina. Tak, żeby zdążyć jeszcze na Rowokół, na zachód słońca. Rowokół to góra, święta góra Słowian, z pogańską, przedchrześcijańską przeszłością. Dziś stoi tam wieża widokowa, widoczna z daleka. Jednak nie dane nam to było zobaczyć, najpewniej jakieś demony prakaszubskie pokrzyżowały nam plany chcąc mieć już spokój na sam wieczór. Po pierwsze – we wsi dowiedzieliśmy się, że wieża już zamknięta, a jeśli wejdziemy na górę, to będziemy podziwiać las, który porósł wierzchołek i nic nie widać. Po drugie, coś zaczęło szorować pod naszym oplem. Położywszy się na ziemi stwierdziłem, że odczepiła się osłona silnika. Niby nic poważnego, ale przytwierdzić jakoś ją trzeba. Zrobiłbym to sam w kilka minut, ale musiałbym znaleźć kanał.

W Smołdzinie dwie babcie i dziadek w ogródku przed domem. Jedna z kijkami do nordic walkingu.

Erupcja erudycji

Patrzą, gdy nadjeżdżamy. Edyta otwiera okno i chce zapytać, ale babcia odzywa się pierwsza:

– Co wy tak tu szorujecie?

– No… No właśnie, szukamy mechanika, jest we wsi mechanik?

– No pewnie, że jest. Do Wilczyńskiego musicie jechać – odparła babcia i uznała temat za zamknięty, wszak każdy wie, gdzie ma warsztat niejaki Wilczyński.

– A gdzie ten Wilczyński? – dopytuje Edyta zdradzając swoją niewiedzę w tak elementarnym zakresie.

– No jak to… – odpowiada cały czas ta sama babcia, a druga się jej przysłuchuje. Dziadek już zaczyna się śmiać. – Przecież to jest syn starego Wilczyńskiego.

– Yhm… – to się nazywa aktywne słuchanie i ma zachęcać rozmówcę do dalszych wypowiedzi.

– Naprzeciwko sklepu tam mieszkają, a obok mają warsztat.

– W porządku – Edyta jest cierpliwa i stara się okazać pełen szacunek starszej pani. Dziadek się chichra, jakby wiedział, co zaraz nastąpi. Druga pani milczy. – A jak dojechać do tego sklepu i warsztatu?

I nagle następuje erupcja erudycji. Jedna babcia przez drugą zaczyna tłumaczyć. Bo jest jeszcze jeden mechanik we wsi, ale Wilczyński bliżej, za mostem w prawo, i w prawo, nie, w lewo, nie, w prawo, i – daję słowo: jedna babcia, ta z kijkami, zamachuje się w złości na drugą, że ta źle tłumaczy, dziadek się chichra, a my szybko odjeżdżamy wiedząc, że za mostem trzeba się będzie zapytać o niejakiego mechanika Wilczyńskiego.

Było po 19.00 a on siedział w warsztacie. Załatwił sprawę w kilkanaście minut.

Na kempingu byliśmy gdy zapadał zmrok.

Wydma Czołpińska. Ważne chwile. 8

Wydma Czołpińska. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły