Sielankowe sceny z życia wieśniaczej ludności kaszubskiej - Magazyn Kaszuby
Sielankowe sceny z życia wieśniaczej ludności kaszubskiej
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Sielankowe sceny z życia wieśniaczej ludności kaszubskiej

Piątek dzisiaj, za dwie, góra trzy godziny zacznie się majówka, która – jak dobrze pójdzie, potrwa do środy.

Sens uchwalania konstytucji to wiedza niepotrzebna i egzotyczna. Supermarkety rozdają w prezencie brykiet do grilla, jako dodatek do zakupionych kiełbas, keczupów i musztard. A Kołłątaj? Kto to był? „Kołłątaja” to nazwa ulicy jest.

Jak pisał Aleksander Majkowski w swoim, wydanym w 1913 roku przewodniku, pt. „Zdroje Raduni. Przewodnik po tak zw. Szwajcaryi Kaszubskiej”:

Dokładne wyobrażenie o piękności okolic nadraduńskich dać może tylko dalsza wycieczka, z Zawór przez Ręboszewo, Dolną Brodnicę do Ostrzyc. (…) Bliżej Ręboszewa na łąkach nadbrzeżnych rozwijają się przed oczyma naszemi sielankowe sceny życia wieśniaczej ludności kaszubskiej. Ręboszewo – wioska licząca 523 mieszkańców, samych katolików, z których 12 podaje jako ojczysty język niemiecki, reszta Kaszubi. W Ręboszewie wchodzimy na szosę i mamy do wyboru dwie drogi do Dolnej Brodnicy. (…) Wybieramy szosę i, poszedłszy nią kawałek drogi mamy przed oczyma piękną panoramę z Wielkiem Brodnem i otaczającemi jezioro wzgórzami. Uszedłszy 3 kilometry mamy z lewej strony zasłaniający nam widok Lasek Okrągły, który zgodnie z nazwą zajmuje okrągłą płaszczyznę. Warto się tu zatrzymać i rzucić okiem z krawędzi lasku na Dolinę Raduni, dalekie domki Dolnej Brodnicy i w głębi rysujące się wzgórza Wieżycy. (…) Stąd bowiem jak na dłoni widać domki Dolnej Brodnicy, za nimi jezioro Ostrzyckie i spuszczające się doń śmiałymi profilami potężne, pokryte borem wzgórza. W głębi zaś, zamykając widnokrąg, rysują się w szarych tonach wzgórza Wieżycy…”.

Majkowski nie używa funkcjonującej dzisiaj nazwy: Złota Góra.  To jeden z najpopularniejszych w okolicy punktów widokowych.

Droga Kaszubska. Złota Góra - widok na jez. Wielkie Brodno. Fot. Tomasz Słomczyński_Magazyn Kaszuby

Droga Kaszubska. Złota Góra – widok na jez. Wielkie Brodno. Fot. Tomasz Słomczyński_Magazyn Kaszuby

Tak więc piątek dzisiaj, zaczyna się majówka. Stoi tu duży klockowaty i ciężki jak diabli pomnik ku czci partyzantów. Przypomina sowieckie monumenty spotykane często po tamtej stronie Bugu. Ze swoją martyrologią, akurat w tym miejscu, jest tak nachalny, że pod jego ciężarem całe wzniesienie zapada się w siebie. Złota Góra – reklamowana jako znane na Kaszubach miejsce rozrywki i aktywnego wypoczynku, z wpompowanymi pieniędzmi z Unii Europejskiej, zdaje się nie mieć najmniejszych chęci na rozpamiętywanie wojennych traum.

Są barierki, jest tablica poglądowa, na której czytamy, co widzimy. Widok nienazwany nie jest tak nobilitowany jak ten, który możemy wytknąć palcem: „o tam, widzisz, Jastrzębia Góra, a tam Sarnówka, a tam Ostrzyce”. Taki wytknięty palcem widok nie jest już bezimienny. A jak postawić tablicę, to nie dość że ładny jest, to jeszcze pouczający. Wtedy naprawdę warto się zatrzymać na pobliskim parkingu, żeby pokazać dziecku widok. „A więc to jest ta Wieżyca? Aha… Widzisz? Tam jest Wieżyca. Gdzie jest ta Wieżyca? O tam, widzisz?”.

Rodzina; on, ona, ono, wszyscy razem na mój widok wykonują woltę w stronę samochodu. Zostawiam ich w spokoju, nie dręczę swoimi myślami, odwracam głowę. Skoro oni nie mają przyjemności, to ja tym bardziej. Idźcie w swoją stronę, ja sobie usiądę, o tutaj.

Zajmuję na ławce miejsce obserwacyjne. Plecak zrzucam na bok, kije lądują w wprost na płytkach chodnikowych. Chłodnawo jest, pochmurnie, i rozgrywają się mniej lub bardziej „sielankowe sceny życia wieśniaczej ludności kaszubskiej”.

Brodnica Górna. Złota Góra, punkt widokowy i kaszubskie truskawki

Złota Góra na Kaszubach, Pomnik Bohaterów Ruchu Oporu Pomorza Gdańskiego, Źródło: Wikipedia, Autor: Przemysław Jahr

Scena pierwsza

W dole niebieski dach amfiteatru, że niby odwrócona łódź. Koronny dowód na istnienie unijnych funduszy. Po scenie chodzą w kółko ludzie, coś tam ustawiają albo mierzą, trudno powiedzieć z tej odległości, dyskutują, widać jak wymachują rękami. Przygotowują koncert disco – polo. Zawieszony na tablicy plakat informuje, że przyjadą tu prawdziwe gwiazdy.

Ludzie przyjdą je zobaczyć na własne oczy. Siądą na stoku Złotej Góry, będą tańczyć, podrygiwać, pić piwo, przepijać wódką albo i nie, i śpiewać, i zastanawiać się, dlaczego musi być tak zimno w tej Polsce zasranej, i dlaczego nie urodzili się w ciepłych krajach, gdzie pływa się jachtami, siada pod palmami i ma się długonogie blondynki, i kolorowe drinki i rym cym cym, i ram tam tam. A tu piwo, wóda i dwa polary bo piździ, kurwa, polej. Rym cym cym i ram tam tam.

Ośnieżone szczyty... Kaszub [FOTOGALERIA, FILM] 16

Widok ze Złotej Góry. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Scena druga

Po drugiej stronie szosy – parking. Jest czternasta, za chwilę ludzkość w tym kraju przestawi się ostatecznie na tryb długoweekendowy. Ale jeszcze w robocie – godzina, dwie, może trzy.

Podjeżdża samochód, parkuje. To kominiarz – napis na furgonetce nie pozostawia wątpliwości. Facet czeka, zapala w aucie papierosa. Nie mijają trzy minuty i jest drugi. Ten świadczy usługi budowlane, o czym informuje napis na kombi. Energicznie wjeżdża na parking, zatrzymuje auto obok furgonetki. Kominiarz nie zdążył spalić. Wysiada budowlaniec, wysiada i kominiarz. Budowlaniec chyba nie pali, bo gdyby palił, to by zapalił, to idealna wręcz sytuacja do zapalenia, takie spotkanie na parkingu. Obaj są okołoczterdziestolentni, ani nie piękni ani nie szpetni. Najzwyczajniejsi na świecie.

Podali sobie prawice, roześmiali się. Pewnie jakiś niezobowiązujący żart, coś lekkiego i dosadnego zarazem, potwierdzającego, pieczętującego ich zażyłość.

Stoją na szeroko rozstawionych nogach, bujają się z lekka do przodu i w tył. Zapierają się mocno stopami w rzeczywistości, jednocześnie prowokując bujnięciami bioder. Nonszalancja.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że całe to spotkanie na szczycie kaszubskiej góry z widokiem na inną kaszubską górę, to wszystko zakrawa na spektakl odgrywany po wielekroć. Mężczyźni spotykają się w ten sposób na różnych szerokościach geograficznych. Mówią o tym samym. Tak samo tu na Kaszubach, jak na Bałkanach, w Szwecji, w Portugalii i w Ukrainie. Są przy tym tacy polscy i europejscy zarazem. Bo poruszają się w sferze konkretu. Bo liczy się tu tylko konkret. Na wszystko inne szkoda czasu.

Tak, szkoda czasu, bo czas jest drogocenny, nie daje o tym zapomnieć przyciężki pomnik partyzantów. Kominiarz i budowlaniec, pewnie nie wiedzą, bo nigdy się nad tym nie zastanawiali, że przywieźli na ten parking – pod drelichami, w bagażnikach, w gestach, zapachach i przekleństwach, przywieźli ze sobą cały bagaż sięgający źródeł cywilizacji, niekończących się wojen, na których tacy jak oni – roześmiani i palący papierosy, bujający biodrami, planujący dni wolne od pracy, musieli umierać za królów, cesarzów, za wiarę, za ojczyznę. Szli do lasu, a potem stawiano im sowieckokształtne albo inne monumenty. Tak było od wieków. I tak trafiła do ich krwiobiegów informacja, przymus i nieświadomy imperatyw, gen konkretu: nie ma czasu na pierdoły. Jeśli już rozmawiać, to tylko na temat. Bo być może wkrótce trzeba będzie iść do lasu.

Co tu dużo gadać.

A zatem:

Co pić? Gdzie pić? Z kim pić? Ile pić?

Łycha w Biedrze w promocji.

Na ryby? Do szwagra? W garażu?

Olej wymienić, panewki, tłoki, korbowody, amortyzatory.

Remont? Fucha? Kartongips, oesbe, pecefał, aluminium.

O kobietach: Moja stara, twoja stara, jego stara.

O pieniądzach. Pieniądze to zawsze jest jakiś temat.

Czas wolny: rower, ryby, z rodziną, motór, mecz, łycha w Biedrze.

Trzy minuty, zjarane, szurnięcie podeszwą po asfalcie, i już, po rozmowie. Uścisk dłoni. Kominiarz w stronę Brodnicy, budowlaniec na Ręboszewo.

Ośnieżone szczyty... Kaszub [FOTOGALERIA, FILM] 14

Widok ze Złotej Góry. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Scena trzecia

Wszystkiemu co dzieje się na Złotej Górze przygląda się człowiek oparty o łopatę. Tak jakby miał coś kopać, ale jakoś nie kopie bo akurat zajęty jest patrzeniem. Jest za daleko słyszeć ich rozmowę kominiarza z budowlańcem, zresztą wątpliwe jest, czy w ogóle zwrócił na nich uwagę. Stoi obok budynku, na którym widnieje napis informujący o grochówce, którą się tu spożywa. Grochówka ma pochodzić z kuchni polowej.

Człowiek jest ubrany na zielono. Obok zaparkowana mała zgrabna terenówka. Łopata jest nowa, lekka i droga, z pomarańczową rączką. Gość wygląda na myśliwego albo wojskowego. Na pewno nie na kogoś, kto zarabia łopatą na życie. Ktoś, kto zarabia łopatą na życie, nie czyni tego narzędziem, które w markecie budowlanym może kosztować nawet stówę. I nie jeździ małą zgrabną terenówką, tylko białym busem najczęściej, w grupie innych robotników.

To co w takim razie robi ktoś taki oparty o łopatę na Złotej Górze, przy barze z grochówką, u progu pięciodniowej majówki?*

Aktualnie niewiele poza tym, że mi się przygląda. Ja zaś siedzę pod pomnikiem, z aparatem fotograficznym, bezczelnie naprzeciw jego grochówkowego przybytku. Udaję więc, że to nie jemu robię zdjęcie, tylko kaszubskim widoczkom.

A potem zabieram swoje kije i idę w stronę jeziora.

Sielankowe sceny z życia wieśniaczej ludności kaszubskiej

Scena czwarta

Kije – one zmieniają wiele. Używam kijów trekkingowych, nie do nordic walking. Przekonałem się do nich po tym, jak kolana przestały ze mną współpracować. „Ma pan lat czterdzieści, ale pana kolana mają lat sześćdziesiąt” – powiedział ortopeda. Zacząłem je traktować, jak nieco nowocześniejszą wersję starego jak świat wynalazku – kostura, laski, lagi, leszczynowego kija, które towarzyszyły wędrowcom od zarania. Lżejsze to, poręczniejsze, odciąża kolana. Obwąchałem je dokładnie aż w końcu oswoiłem je sobie, jak każdą nowość, jak każdego gościa, który pachnie z początku obcością.

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że ich pomocność wykracza poza mechanikę stawu kolanowego. Bo kije wiele tłumaczą, są trochę jak oznakowanie, tablica rejestracyjna, uniform. Kiedy chodziłem po wsiach bez nich, ludzie patrzyli: „Co on tu robi? Czemu nie jest w pracy? Czemu nie siedzi w domu albo na swoim podwórzu? Czego tu szuka? A ten aparat na szyi… Co będzie fotografował?” Ktoś taki jak ja, przechodząc przez wieś w zgiełku ujadających psów uruchamia lawinę pytań, na które ludzie nie znajdują odpowiedzi. Patrzą tak jak ich psy, czyli wilkiem. Obcy nie wróży nic dobrego.

Sytuacja zmienia się diametralnie od kiedy chodzę z kijami. Tak jakby wszystko się wyjaśniło, ludzie się uśmiechają, pozdrawiają. Dołączam do grupy tych miastowych, których coraz więcej na wiejskich drogach. Jeżdżą na rowerach, biegają w cudacznych obcisłych gaciach albo chodzą z kijkami, tylko im nart brakuje. Wiadomo, że tacy obcy są niegroźni, przyjaźni, krzywdy nie zrobią, wręcz przeciwnie, zazwyczaj mają pełne portfele. Jeśli robią zdjęcia, to wiadomo, na pamiątkę, nie ma się czego obawiać. Cudaki z miasta, ot i tyle.

Kije wyznaczają rytm marszu. Idę mając pełną świadomość i poczucie wrośnięcia w krajobraz, funkcjonowania jako jego składnik, jako kolejny trochę zmyślony, a trochę prawdziwy element sielankowego obrazka z życia wieśniaczej ludności kaszubskiej: faceci pijący wódkę na koncercie disco-polo, faceci rozmawiający na parkingu krótko i na temat, facet przed budką z grochówką. Facet w wojskowych spodniach i czarnych butach turystycznych, z plecakiem i kijami.

Kije wyznaczają rytm marszu. Wracam do Brodnicy Dolnej, szosą w dół, by iść dalej, do Ostrzyc.


*Sprawę postanowiłem wyjaśnić. Mężczyzną z łopatą okazał się być Robert Zientarski, właściciel firmy cateringowej. Znany lokalnie jako właściciel kuchni polowej, przez cały rok serwujący gorącą grochówkę w niezupełnie oczywistych miejscach, na przykład przy głównej drodze z Kartuz do Gdańska. – Ale o czym chce pan pisać, o tym, że widział mnie z łopatą? Nie, nie pracuje na co dzień łopatą. Na życie zarabiam prowadząc firmę cateringową, akurat wtedy musiałem wkopać kabel… Na Złotej Górze,w sezonie letnim, już od czerwca, będziemy w weekendy serwować grochówkę z naszej kuchni polowej. Od poniedziałku do piątku w Dzierżążnie przy drodze na Gdańsk, zaś w weekendy – na Złotej Górze właśnie.

Firma przyjęła nazwę: Peter Grochówka.


[Fragment książki: Szwajcarya 2017. Kaszuby” Tomasza Słomczyńskiego, która powstaje przy pomocy finansowej Województwa Pomorskiego]

W poszukiwaniu nagrzanej ulicy. Maria Dąbrowska w Kartuzach 1

Artykuły