Anioły pana Leona - Magazyn Kaszuby
Anioły pana Leona
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Anioły pana Leona

Spotkałem go wiele razy, choć rozmawiałem zaledwie dwukrotnie. Za pierwszym razem było to w czerwcu ubiegłego roku, za drugim – przed paroma dniami. Wtedy opowiedział mi o swoich aniołach. I o tym, dlaczego jego ser nie capi capem.

Część pierwsza. Czerwiec 2016

Głodnego nakarmić

Wyruszyłem na szlak bez śniadania. Było wcześnie rano, spieszyłem się, chciałem już być na trasie. Wrzuciłem tylko do plecaka niezbyt świeżą kiełbasę z owadziego marketu i batona, znanego z tego, że bez zjedzenia go człowiek nie jest sobą, tylko podstarzałą gwiazdą oper mydlanych.

Była ósma rano, kiedy wyruszałem.

Baton schodzi o dziewiątej, i jakoś nie jest w stanie odżywić stu kilogramów mięśni żwawo poruszających się z Połęczyna w stronę Szymbarku.

Na jednym z przystanków zaglądam do plecaka w poszukiwaniu kiełbasy. Nie. Nie ma mowy. Prędzej zejdę tu z głodu niż tknę to coś, co na moich oczach niemalże nabierało zielonej barwy i odpowiedniego do niej zapachu.

Idę więc dalej.

Jeśli znany na całym świecie baton nie poradził sobie z burczeniem mojego brzucha, to tym bardziej poziomki nie dadzą rady. Leżę w trawie i zastanawiam się nad bilansem energetycznym. Czy więcej energii tracę na sięganie po poziomki niż zyskują z ich konsumpcji? Czy mi się to opłaca?

Potem idę przez las, przez miejscowość Kaplica, i żywię jedną wielką nadzieję: że jak zwykle pod wejściem na Wieżycę będzie stał pan Kaszub ze swoją kozą, i sprzedawał ser.

Po trzech lub czterech godzinach marszu (głód sprawił, że miałem majaki i straciłem poczucie czasu, słaniałem się na nogach) dotarłem do parkingu pod Wieżycą, a tu – a jakże, stoi pan Kaszub. Sprzedaje swoje kozie rarytasy.

Wiedziony nadzieją na pożywny posiłek, podchodzę, wskazuję na plastikowe pudełeczko, pytam sięgając po portfel:

– Po ile?

– Osiemnaście.

Najpierw myślałem, że się przesłyszałem. Niewielkie plastikowe pudełeczko wypełnione białym serem. Osiemnaście złotych. Ale postanowiłem nie dyskutować. Otworzyłem portfel i z osłupieniem stwierdziłem, że nie mam tam żadnego banknotu. Same drobne.

– Nie mam tyle.

Spojrzał na mnie uważnie. Przyglądając mi się zapytał:

– A serek do domu czy na na miejscu?

– Na miejscu! Wie pan jaki głodny jestem? Od Połęczyna idę, nic w ustach nie miałem od rana (skłamałem – miałem batona).

– A ile pan masz?

Liczę drobne.

– Jedenaście.

– Daj pan jedenaście. I jeszcze chlebka dołożę, proszę – powiedział kładąc kromkę chleba z ziarnami na pudełko z serem. Tłumaczył: – Głodnych nakarmić. Tak jest napisane, nie? Bóg tak każe, to ja tak robię. Proszę, smacznego, jeśli pan głodny, to da mi pan ile może, i będzie dobrze. Głodnych nakarmić. Tak jest napisane… – i powtórzył te słowa, jak mantrę, trzykrotnie.

Chwilę później pałaszowałem ser na ławce obok aż mi się uszy trzęsły. Nawet nie wiem, czy był smaczny, chyba tak.

Pan Kaszub dojrzał u mnie aparat fotograficzny.

– Ja też mam – i tu padła jakaś nazwa, ciąg cyfr, pan Kaszub szukał we mnie fachowego rozmówcy na tematy elektroniczno-fotograficzne. Z przykrością nie potrafiłem sprostać postawionemu przede mną zadaniu. Niezrażony mówił dalej:

– I fotografuję sobie wszystko w nocy.

– A co pan w nocy fotografuje?

– No… Wszystko, co lata.

– A co lata w nocy?

– No… Nic nie lata.

I tak sobie gawędziliśmy, a ja opędzałem się od ataków kozy, która okazała się być wściekłą kozą. Wścieklizny dostawała na widok mojego sera i chleba. A w leśnej ciszy rozbrzmiewała muzyka, którą sobie Pan Kaszub puszczał ze smartfona. Rozprzestrzeniał się zapach kawy, którą Pan Kaszub parzył w metalowym kubku na kuchence turystycznej.

Potem jeszcze podejrzałem, jak oferuje ser przechodzącym tędy na Wieżycę turystom. Niektórzy chcieli się targować. Pan Kaszub raczej nie spuszczał z ceny.

– Osiemnaście! – mówił do tych, którzy całymi rodzinami wysiedli przed chwilą z samochodów i niespiesznie, spacerowym krokiem zmierzali ku punktowi widokowemu, ciekawie przyglądali się jego kramikowi.

 

 

Część druga. Kwiecień 2017

Mad Max

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Pan Kaszub ma na imię Leon, pochodzi z Potuł – wioski k. Szymbarku. Nie wiedziałem nic o panu Leonie. To jednak miało się zmienić.

Zatrzymałem auto widząc opuszczający się szlaban na przejeździe kolejowym w Gołubiu Kaszubskim. Wcześniej zwrócił moją uwagę motocyklista na Simsonie, którego zauważyłem też przed paroma dniami w Kartuzach. Osobnik ów dziwnie był ubrany – mógłby robić za naszą gminno-powiatową wersję Mad Maxa. Na nogach miał przewieszoną starą, rozprutą niebieską kurtkę, prawdopodobnie po to, żeby pęd powietrza nie chłodził mu zanadto kolan.

Motocyklista zrównał się z moim autem stojącym przed przejazdem kolejowym. W kasku i w kominiarce, spojrzał w moją stronę dostrzegłem uśmiech, w zasadzie nie dostrzegłem, bo usta miał zasłonięte, tylko się domyśliłem, po oczach jakoś wysondowałem. Odwzajemniłem uśmiech. Patrzę jednak przed siebie. Czuję, że on mi się przygląda. Spoglądam więc w bok, w jego stronę. Uśmiech. Uśmiech. I tak jeszcze ze dwa razy. Kiedy do cholery przejedzie ten pociąg?

Mad Max ściąga kask. Twarz wydaje mi się znajoma. Pokazuje palcem, żebym otworzył okno.

– Pan jest redaktor, nie?

– Tak…

– Pan robił mi zdjęcia. Jestem Leon, od kóz pod Wieżycą.

Szlaban poszedł w górę. Wyprzedziłem pana Leona i dałem m znak ręką, żeby zatrzymał się – jak i ja, na parkingu pod sklepem w Gołubiu. Zapragnąłem uciąć sobie z nim pogawędkę.

Pan Leon swojego Simsona naprawiał wiele razy, wydał tyle, że trzy inne by mógł za to mieć, ale w końcu kupił oryginalny silnik, który teraz błyszczy w słabym słońcu. I nic już nie musi robić przy swoim Simsonie. Bardzo jest z niego zadowolony.

Pan Leon jedzie na kawę do znajomego. Jeszcze zajedzie do Rębajły po golonkę. Rębajło to nazwisko jest takie. Mięso się tam u niego kupuje. Z golonką odwiedzi kolegę, który ma kłopoty rodzinne. Pan Leon pogada, doradzi, co ma robić kolega.

Gdzie by tu przysiąść?

Za spółdzielnią jest ławeczka.

Pan Leon. Gołubie Kaszubskie, kwiecień 2017. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Pan Leon. Gołubie Kaszubskie, kwiecień 2017. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Liryka

Na ławce za spółdzielnią w Gołubiu, z panem Leonem i tym drugim. Ten drugi już raz tu był rano, teraz przyszedł drugi raz, a nie ma jeszcze jedenastej. Trzyma dwa specjale czarne, nie pan Leon, rzecz jasna, tylko ten drugi. Te specjale będzie pił wolno, bo on wolno pije specjale. Pod nogami pokłady kapsli. Pokłady są czwartorzędowe albo i lepiej. Kolejne rzędy kapsli tkwią w piachu, w tej ziemi kaszubskiej.

– Ty nie rozumiesz, co ma gadama? – zapytał. Nie Leon, tylko ten drugi. Dodał: – Bo ty po naszemu nie gadasz, tylko po polsku.

Gadam więc, po polsku:

– Rozumiem, co mówicie, ale nie gadam po waszemu.

– A skąd jesteś?

– Z Kartuz – odpowiadam zgodnie z prawdą pomijając pierwszych 39 lat życia spędzonych w Trójmieście.

– A, to ty rozumiesz wszystko, co ma gadama – cieszy się właściciel dwóch czarnych specjali. I zaczyna gadać tak, że nic nie rozumiem.

A pan Leon? Pan Leon na razie milczy wpatrując się w pokolorowaną ciężarówkę – cysternę na mleko, która stoi obok wozu strażackiego. Trudno powiedzieć, czy jest porzucona, czy tylko ją tu ktoś zaparkował na czas jakiś.

Utkwił wzrok przed siebie.

Pan Leon spojrzenie ma liryczne.

Nie zasypiać

Panu Leonowi to nogi podkładali ludzie. Jeden z nich to już nie żyje, dwa lata później umarł. Tak mu te nogi podkładali, w sensie symbolicznym oczywiście, że mu rodzinę rozwalili. To już 35 lat będzie, jak się z żoną rozwiódł. I stoczyłby się do rynsztoka wtedy, gdyby nie dobrzy ludzie, których spotkał, co żyli jak pan Bóg przykazał. W Gdyni wtedy mieszkał, tułał się po pokojach, w stoczni pracował. Dwa razy na pielgrzymce w Częstochowie był, w 1986 i 1987, za komuny jeszcze.

Do Gdyni pan Leon jeździ do dzisiaj, do córki, do rodziny, ma dwoje wnuków.

Z kozami to było tak, że do końca sam nie wie, jak to było. Każdy ma swojego anioła, który podpowiada człowiekowi, co ma robić. Po ludzku nie wytłumaczysz. Pan Leon otarł się o śmierć w stoczni, na budowach, zawsze jego anioł go w porę ostrzegał.

A jeśli chodzi kozy, to znajomi mu mówili, żeby spróbował. Z ludźmi pan Leon rozmawiał, mówili, żeby szedł z kozą do turystów. Najpierw miał capa, ale nie wyszło, bo cap zdechł. Z kozą to najpierw chodził na deskę do tartaku. Znaczy się – chodził do Daniela z kozą, tam gdzie najdłuższa na świecie deska jest, w Szymbarku. Ale tam było za dużo ludzi, tłum. Dla kóz to nie było dobre. Dwa lata tam chodził.

Potem rowerem z kozą na Wieżycę wjeżdżał. Ale było za stromo, ciężko było na sam wierzchołek codziennie. To postanowił, że na parkingu będzie stał. I stoi tak już cztery lata.

W domu ma dwie kozy: Szyszkę i Śnieżkę. Są na emeryturze, dają mleko na ser. Pod Wieżycę chodzi z Milką. Dzieci ją tak nazwały, zapytał się dzieci, powiedziały: „Milka”, bo mleko daje. A teraz już reaguje na swoje imię.

Pan Leon ma w sumie sześć kóz. I sekret, który zdradzi. Dlaczego jego ser nie trąci kozami? Dlaczego nie cuchnie? Bo on nie dopuszcza capa do kóz. Ma capa, ale trzyma w osobnej zagrodzie. Jak dopuścić do kóz capa, to wszystko zaczyna nim śmierdzieć. Także i ser. Bo cap szczy na kozy.

Co pan Leon latem zarobi na turystach, to w zimie wyda. Wydawał całą zimę i właśnie wydał już to, co zarobił w zeszłym roku, i na weekendy chodzi już pod Wieżycę. Chociaż nie, to nie on zarabia. To koza zarabia. On nawet nie musi dużo gadać do turystów. Przyjeżdżają i kupują. Bo on dobry ser robi. Taki, co capem nie capi.

Pan Leon radzi na kolano zrobić wywar ze skrzypu polnego, w Herbapolu sobie zakupić, i moczyć je w tym wywarze. I robić na kolano okłady z żywokostu rozpuszczonego w wódce, plastry takie przyklejać wilgotne.

Pan Leon nalewki robi takie z żywokostu, nie do picia tylko do okładów. Pan Leon nie pije alkoholu. A jak zachoruje to idzie do lekarza, ale sam się ostatnio z zapalenia oskrzeli wyleczył rokitnikiem. I jeszcze radzi, żeby pić czarnuszkę na zapamiętywanie i jemiołę na nadciśnienie.

Pan Leon od kilkunastu lat zajmuje się ziołami.

Pan Leon pojedzie już do kolegi, tylko golonkę zakupi. Doradzi koledze, co robić. Kawy się napije, trzy kawy dziennie pije pan Leon. Raz to się nawet zdarzyło, że przez cały dzień ani jednej kawy nie wypił.

Pan Leon mówi jeszcze, że jak ktoś ma do niego pretensję, to dobrze, to wtedy on jeszcze lepiej pracuje, jeszcze lepiej robi. Bo nie wolno zasypiać przy robocie. To ważne jest, żeby nie zasypiać przy robocie.

Pan Leon życzy wszystkiego dobrego.

– Do ùzdrzeni – mówi. – Pod Wieżycą.

Artykuły