Kaszuby - piękna dziewczyna z blizną na twarzy - Magazyn Kaszuby
Kaszuby - piękna dziewczyna z blizną na twarzy 1
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Kaszuby – piękna dziewczyna z blizną na twarzy

Kaszuby są piękne – wyświechtany slogan. Kaszuby są brzydkie – twierdzenie na tyle kontrowersyjne, że może zdyskredytować piszącego te słowa w oczach Czytelników.

Prawda jest taka, że bywają piękne, bywają też brzydkie. Jak młoda dziewczyna, z pięknymi oczami i szkaradną blizną.

Bo człowiek oszpeca naturalne piękno Kaszub. Robi to często bezwzględnie, dla pieniędzy, nie oglądając się na nic. Jakby napisał Aleksander Majkowski w roku 1913, robi to “chciwa dłoń przedsiębiorczych ludzi”.

Zawory. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Zawory. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Zawory, wieś położona za Kartuzami, obok Chmielna. Można o nich powiedzieć na przykład, że to “malowniczo położona wieś na Kaszubach”. Że jest to “znana miejscowość oblegana przez turystów”. To powinno przygotować przybysza do tutejszych widoków; kempingów, domków letniskowych i gospodarstw agroturystycznych. Kto choć raz był na Kaszubach, w okolicach kółka jezior Raduńskich, ten wie, jak to wygląda: kemping, kemping, domek, domek, płot, płot, zakaz wstępu, teren prywatny, kemping…

Przez Zawory biegną dwie drogi. Jedna, tuż nad jeziorem prowadzi do kempingu Tamowa, druga pod górkę, prowadzi na Górę Tamową. Gdy idziemy świeżo wyremontowaną drogą nad jeziorem, czujemy się tak jakbyśmy znaleźli się na jakichś przedmieściach. Działki mają po 300 – 500 metrów kwadratowych, na tych spłachetkach ziemi postawiono domy mieszkalne – letniskowe lub całoroczne, jeden obok drugiego, tak że szpilki się nie wciśnie. Trawniki równiutko przystrzyżone, na nich trampoliny, piaskownice i bujawki dla dzieciarni. W ten sposób brzeg jeziora oblepiony został kubaturkami domostw, jakby miał wysypkę jakąś. Przy czym każda krosta w tej chorobie inna, a każdy taki budyneczek mógłby stać w każdym innym miejscu świata, niczym się nie wyróżnia, nie ma w sobie nic co byłoby kaszubskie, pomorskie, regionalne.

Za wsią, ciągle idąc wzdłuż jeziora Kłodno, robi się jakby luźniej, ale tu zaczynają królować kempingi. Tu już ewidentnie każdy metr kwadratowy powierzchni przelicza się na złotówki. Przyczepy kempingowe, domki z dykty, rzędy domków holenderskich. Teraz, zimą, poza sezonem wygląda to jak wielkie śmieciowisko, jak jakiś slums kaszubski, prowizoryczny, rozpaczliwy krzyk przestrzeni oszpeconej gwałtownie, wręcz: zgwałconej.

Cofnijmy się więc o sto lat, żeby przekonać się, jak niegdyś wyglądała ta piękna dziewczyna, którą dziś oszpecono czyniąc jej taką właśnie bliznę.

W 1913 roku ukazał się przewodnik Aleksandra Majkowskiego, pt. „Zdroje Raduni. Przewodnik po tak zw. Szwajcaryi Kaszubskiej”.

***

Zawory

Wieś Zawory leży na południowo – wschodnim brzegu jeziora Kłodna, niedaleko ujścia z tego jeziora Raduni, która stąd dąży do Małego i Wielkiego Brodna. Wieś liczy 360 mieszkańców, pomiędzy nimi 6 Niemców, reszta Kaszubi. Dla swego pięknego położenia ściąga w ostatnich czasach wycieczkowiczów Niemców, którzy nawet na dłuższy czas letnią porą tu osiadają. Pomiędzy nimi znajdzie się zawsze kilku malarzy, robiących studya z natury.

Chcąc z Chmielna dotrzeć do Zawór, obrać można dwie drogi. Albo z powrotem do Tamowej i stamtąd wzdłuż jeziora na południe, albo przez Chmielonko (przy ujściu Raduni do Kłodna) i dalej, okrążając południowy brzeg jeziora. Kto w celu zwiedzenia historycznej tamy i młyna przy Chmielonku obiera drugą drogę, dociera najprzód do położonej na płaszczyźnie części wsi. Radzimy przejść stąd całą wieś idąc pod górę, i przejść poza nią kawałek drogi, która wiedzie do Tamowej. Następnie wrócimy się ku wsi z powrotem, idąc cienistym wąwozem, który jakby przez zieloną bramę prowadzi do wsi. Przy wejściu do tej naturalnej z drzew zielonych utworzonej bramy, leży wzgórze, tarasami od jeziora wznoszące się bardzo stromo.

A do tej stromej, buczyną i rzadkiemi iglastemi drzewami obrosłej ściany tulą się domki mieszkańców, gniazda jaskółcze.

Od tego górnego wejścia droga wiejska wiedzie szybkim spadem do niżej położonej części wsi, gdzie wśród klonów, brzóz i bzów rozsiadła się reszta chat wiejskich. Charakterystyczna dla tych okolic murowana kapliczka stoi nad drogą, tam gdzie się ona zbliża do płaskiego południowego brzegu jeziora.

Nie ma na całym obszarze wyżyny nadraduńskiej wioski tak malowniczo i oryginalnie położonej. Czuje się tu człowiek, jakby w jakiemś cichem ustroniu, z dala od wrzasku nowoczesnego życia.

Aleksander Majkowski, w zachwycie nad krajobrazem, który spostrzega w Zaworach, czyni sugestie gorzką, która dziś wydaje się nam nieco pocieszna:

Kolejka tylko wąskotorowa, wożąca kilka razy dziennie margiel spod Zawór aż do Łopalic wzdłuż jeziora, przypomina, że i do tych zakątków sięga chciwa zarobku dłoń przedsiębiorczych ludzi.

Jeśli przeszkadzała mu wówczas kolejka wąskotorowa, która dziś zostałaby uznana za element wzbogacający krajobraz i atrakcję turystyczną, to co najsłynniejszy kaszubski pisarz powiedziałby na rzędy domków holenderskich i brzydotę letniskowych bud pokrytych blachą falistą? Co powiedziałby na to, że Zawory przestały być pachnącą gnojówką i rozkrzyczaną gdakaniem i gęganiem wsią, a przypominają jakieś byle jakie przedmieście? W jakich słowach odniósłby się do tego, że nie ma już “jaskółczych gniazd”, bo cały stok został rozparcelowany na prowizoryczne puebla zamieszkiwane przez dwa miesiące w roku, i nie można już zwyczajnie przespacerować się brzegiem jeziora, bo “chciwa zarobku dłoń”, gdzie tylko może stawia płoty i tablice: “teren prywatny, wstęp wzbroniony”. Czy, widząc to wszystko, dalej w swoim przewodniku zachęcałby rodaków z głębi kraju do odwiedzania Kaszub?

Ktoś powie: “nie ma co się zżymać, nie ma co pomstować, kijem Wisły zawrócić nie sposób”. Niewidzialna ręka rynku zmienia krajobraz, jeśli gospodarz może więcej zarobić na podziale ziemi i jej sprzedaży, i na letnikach, to zawsze tak zrobi, bo czemu niby dalej miałby rozrzucać gnojówkę na polu, skoro może żyć wygodniej, mieć większy pieniądz mniejszym kosztem.

Racja. Piszący te słowa też pewnie by tak kalkulował. Ale…

Pojedźmy w Tatry. Wszak Górale znani są z miłości do “dutków” i ze szczególnej umiejętności wyciągania ich z kieszeni przybywających masowo do nich ceprów. Udajmy się więc na rekonesans do takich wsi, jak na przykład Chochołów, Witów, Kiry (leżą obok siebie wzdłuż drogi prowadzącej u stóp Tatr Zachodnich, tam gdzie znajdują się wejścia do dolin: Chochołowskiej i Kościeliskiej). Rozejrzyjmy się. Stąd góry słabo widać, nie ma szerokich panoram, można by poczuć się jak wszędzie indziej, gdzie las świerkowy i pofałdowany teren.

Nic bardziej mylnego. Od razu, nie widząc gór, wiemy, że jesteśmy w tej, nie innej części Polski. Niemalże nie ma tu domu, który nie byłby wybudowany w stylu podhalańskim. Wszystkie mają charakterystyczne strome dwuspadowe dachy. Zdecydowana większość jest drewniana, zbudowana z bali.

Dlaczego więc Górale budują sobie domy “podhalańskie” (cudzysłów użyty celowo, przypuszczam, że ich “podhalańskość” dla znawcy mogłaby być dyskusyjna), drewniane i “w stylu”, a Kaszubi stawiają betonowe klocki zamiast “domów w kratę”. Bo się nie opłaca, bo klocek tańszy? A to dlaczego Góralom się opłaca?

Dlatego, że Górale po prostu zorientowali się, że stawianie takich domów to jest właśnie interes. Sami sobie  postawili poprzeczkę wysoko – i dziś cepr, jeśli ma wydać roczne oszczędności w ciągu tygodnia, to chce je wydawać w “prawdziwej góralskiej chacie”. Klocek lub domek holenderski nie ma tu szans.

A u nas, na Kaszubach domki holenderskie mnożą się jak króliki.

Tu w Zaworach, można jednak dostrzec coś, co ma przypominać kaszubskie “domy w kratę”. Baraczki jakieś z wymalowanymi na tynku “belkami”. Pierwszy krok w dobrą stronę? Być może. Ale wymalowanie “belek” to zdecydowanie za mało. Czuć ściemę. Tym bardziej, że i tak cały efekt psują wściekle żółte elementy instalacji gazowej.

Zawory. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Zawory. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

W tym miejscu warto sięgnąć do klasyka. Jak się okazuje, podobne rozterki, miał niespełna sto lat temu, inny słynny regionalista kaszubski, Izydor Gulgowski, założyciel skansenu we Wdzydzach. Jego niepokoje, związane ze zmianami w architekturze, wydają się być dzisiaj – w epoce domków holenderskich, przyczep kempingowych i radosnej twórczości letników, co najmniej… rozczulające. Są jednak świadectwem, że również i sto lat temu niektóre elementy architektury odchodziły w niepamięć, co ówczesnym intelektualistom nie dawało spokoju.

***

Izydor Gulgowski, “Kaszubi”, rok wydania: 1924.

Kaszubi budowali od czasów najdawniejszych domy drewniane. Lasy rozległe dostarczały im taniego materiału budowlanego. W powiatach chojnickim, kościerskim, kartuskim i człuchowskim znajduje się dzisiaj jeszcze szereg wiosek, zbudowanych wyłącznie z domów drewnianych. Ludność, zdaje się, nie byłaby nigdy odstąpiła od budowy w drzewie, gdyż prócz wielkich rozległych lasów fiskalnych , prawie każdy gbur posiada kawałek własnego lasu. Jednakże z powodu zabronienia przez policję budowy domów pod dachem słomianym, ludność zaczęła budować domy ceglane.

W północnej części powiatu kartuskiego i w powiatach wejherowskim i puckim już znacznie prędzej odstąpiono od budowy domów drewnianych, gdyż od czasów separacji, około połowy ubiegłego stulecia, prywatne lasy znacznie się zmniejszyły.

Najczęściej spotykamy na Kaszubach chaty z przysionkami w szczycie. Te chaty są czysto słowiańskiego pochodzenia. Nawet najskromniejsza chata miała przynajmniej w taki sposób otwarty jeden kąt, spoczywający na filarze i tworzący mały przysionek. Taki typ rozpowszechnił się bardzo po lewej stronie Wisły, w Wielkopolsce, a nawet i w Królestwie Kongresowym i jest czysto słowiańskim elementem stylowym w budownictwie wiejskim.

Domy z przysionkami znikają ze wsi kaszubskiej. Forma zewnętrzna i wewnętrzny układ są zupełnie zmienione.

Gbur dzisiejszy nie może się zaprzyjaźnić z przedsionkami otwartymi. Dom z przysionkiem daje zabudowaniu wygląd spokojny, gościnny, przypominając nam stare dobre czasy, kiedy gospodarz po pracy w przedsionku wypoczywał, albo w niedziele przesiadywał tu ze swoja rodziną. Gbur teraz jest trzeźwiejszy, materialny, nie ma pociągu do rozmyślania sentymentalnego. Przedsionek przy chacie uważa za zbyteczny więc rozbudowuje go na izbę i zamyka w tym niedostępnym „salonie” meble, zakupione w sklepie miejskim.

Tak… Po lekturze tego fragmentu nasuwają się podobne pytania, jak te, które przyszły do głowy po przeczytaniu wyimku z przewodnika Majkowskiego: co pan Izydor powiedziałby dzisiaj na widok zabudowy niektórych wsi nad jeziorami Raduńskimi? Czy nadal żałowałby przysionków, czy też machnąłby ręką stwierdzając, że miejsce kaszubskiej architektury jest już tylko w (założonym przez niego) wdzydzkim skansenie (i ewentualnie innych, podobnych).

Jest jednak promyk nadziei. Idę przez Zawory, ale już nie drogą wzdłuż brzegu jeziora, skręciłem pod górkę i kieruję się w stronę Góry Tamowej. I co widzę? Dwa domki letniskowe – teraz w zimie opuszczone. Stoją samotnie i pięknieją w zimowym słońcu.

A jednak ktoś zadał sobie trud… Nie postawił klocka, budy z dykty albo “carringtona” z garażem od frontu. Zadał sobie trud wybudowania checzy, “w kratę”, z przysionkiem od strony jeziora. Dom taki cieszy oko współczesnego wędrowca, ucieszyłby zapewne oko Majkowskiego i Gulgowskiego. Może te domki dają nadzieję, że sprawa nie jest jeszcze do końca przegrana? Że może warto jeszcze powalczyć o kaszubski krajobraz?

***

Przeczytaj również: Przedziwna atrakcja turystyczna. “Zamek” w Łapalicach.

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły