Prakaszubscy wojownicy. Zgruchotany bark, przecięta tętnica - Magazyn Kaszuby
Prakaszubscy wojownicy. Zgruchotany bark, przecięta tętnica
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Prakaszubscy wojownicy. Zgruchotany bark, przecięta tętnica

Część pierwszą reportażu Prakaszubscy wojownicy z Sopotu znajdziesz TUTAJ.

CZĘŚĆ DRUGA – dokończenie…

Obrazy, które przychodzą na myśl można poskładać z fragmentów tego, co wiemy o życiu codziennym w grodzie.

Mówi archeolog Paweł Pogodziński:

– Możemy przyjrzeć się zabytkom i na tej podstawie powiedzieć, czym zajmowali się mieszkańcy grodu.

Po pierwsze – bursztyn, bodaj największe bogactwo tej ziemi we wczesnym średniowieczu. W grodzisku znajdowany był w dużych ilościach, w “reliktach domostw”, jak mawiają archeolodzy. Oznacza to, że mieszkańcy tego osiedla posiadali dość wysoki status materialny.

– Proszę zobaczyć tutaj – Paweł Pogodziński oprowadza po wystawie – jakaś rodzina, miała gliniane naczynie, i w nim trzymała sobie bryłki bursztynu.

Trudno powiedzieć, jak – od strony, nazwijmy ją: prawną, wyglądało pozyskiwanie bursztynu w czasach funkcjonowania grodu. Wiadomo, że w wiekach późniejszych władcy – na przykład Krzyżacy, ale nie tylko, rościli sobie prawo do całkowitego monopolu na posiadanie i obrót tym surowcem. Za “nielegalne” zbieranie jantaru groziły wysokie kary, z karą śmierci włącznie. Ale to później, tymczasem w X wieku mieszkańcy grodziska być może mogli swobodnie zbierać z plaży lub wykopywać drogocenne bryłki, i do woli nimi handlować. Taką tezę potwierdzałyby wykopaliska, świadczące, że bursztyny były “na wyposażeniu” domów w grodzisku.

Muzeum - Grodzisko w Sopocie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Muzeum – Grodzisko w Sopocie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Kolejny eksponat, przy którym zatrzymuje się oprowadzający po wystawie archeolog, nie wygląda imponująco. To pordzewiałe gwoździe. Jak się okazuje – dobro luksusowe.

– Wiele osób dziwi się, dlaczego pokazujemy pordzewiałe gwoździe, dlaczego dla nas, archeologów to takie ważne. Trzeba pamiętać, że chaty budowano bez łączenia żelaznego. W X wieku gwoździe nie były więc czymś oczywistym. To nie są “byle gwoździe”. Mogły służyć do łączenia elementów przedmiotów bardziej drogocennych. Są więc dzisiaj, tak jak bursztyny, świadectwem zamożności mieszkańców grodu.

Jakie przedmioty, po których po tysiącu lat pozostały tylko pordzewiałe gwoździe, mogły być “bardziej drogocenne”? Na myśl przychodzi skrzynia. Jeśli sama jest drogocenna, to zapewne i jej zawartość jest warta takiego właśnie, łączonego gwoździami opakowania… Przyjmijmy więc, że była to skrzynia wypełniona bryłkami bursztynu i srebrnymi dirhamami. Czemu nie? Czy ktoś jest w stanie ze stuprocentową pewnością zaprzeczyć takiej tezie?

Archeologia daje tylko przyczynki do spekulacji. I właśnie to jest w niej najbardziej fascynujące.

Muzeum - Grodzisko w Sopocie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Muzeum – Grodzisko w Sopocie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Kolejne eksponaty robią większe wrażenie już na pierwszy rzut oka. Stoimy przed włócznią i toporem.

– Jak już sobie powiedzieliśmy, w grodzie mieszkało około 40 osób. Głównymi mieszkańcami byli wojowie, którzy zapewne musieli cały czas być w gotowości bojowej, żeby móc odeprzeć atak.

Przechodzimy do manekinów prezentujących rekonstrukcję wyposażenia wojów z X wieku.

Pierwszy z nich jest bogatszy. Świadczy o tym kolczuga i miecz. Bardzo drogie atrybuty wojownika.

– W tamtym czasie znacznie bardziej popularny był topór wojenny niż miecz – tłumaczy archeolog.

Drugi z manekinów ma już tylko włócznię. To znaczy – nie ma. Została my zabrana ze względów bezpieczeństwa. I wcale nie chodzi o bezpieczeństwo odwiedzających muzeum. Zwiedzający zbyt często atakowali nią dziesięciowiecznego wojownika. A ten – będąc manekinem, nie bardzo mógł się bronić.

Paweł Pogodziński tłumaczy, że wojowie w X wieku poruszali się pieszo. Koń, a szczególnie – koń wierzchowy, był nadzwyczajnym luksusem. Tymczasem na terenie grodziska znaleziono ostrogę.

Nawet w wiekach późniejszych, w XI, XII i XIII w. na Pomorzu za cenę konia wierzchowego można było kupić całą wieś.

Wojowie mieszkali tu z rodzinami – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Świadczą o tym kolejne znaleziska: szklane paciorki, łódeczka – dziecięca zabawka, kościane szydła, przęśliki. Podczas gdy mężczyźni zajmowali się pilnowaniem terenu (pewnie wyruszali na swego rodzaju patrole po okolicy), polowaniem (należy przyjąć, że mięso pozyskiwano głównie w ten sposób), kobiety tkały im tuniki a dzieci puszczały łódeczki w kałużach.

W co wierzyli? Jak wyglądało ich życie duchowe? W jakich bogów wierzyli owi pra-Kaszubi? Komu oddawali cześć?

Jak pisaliśmy przed kilkoma miesiącami w Magazynie Kaszuby:

I tu pojawiają się schody… Według jednych źródeł, na szczycie panteonu bóstw stał Świętowid (Swantewit). Według innych – Trzygłow (Trygław). Słyszy się też o kulcie Peruna, a z innych publikacji wynika, że „bogiem bogów” był Weles.

Zachowane źródła są na tyle skąpe, że wszystkie powyższe koncepcje są w pewnej mierze do przyjęcia – jako hipotezy, odnoszące się najczęściej do konkretnych miejsc i okresów przedchrześcijańskiej historii. Zaznaczyć też należy – w odniesieniu do Kaszub i Kaszubów, że Pomorze Gdańskie pozostaje w zasadzie zupełnie nierozpoznane pod tym względem. Wiadomo jedynie, że św. Wojciech, gdy przybył do Gdańska w 997 roku, ochrzcił „tłum pogan”. Nieco więcej wiadomo o wierzeniach Słowian Zachodnich. Ale i w tym przypadku laikowi trudno oprzeć się wrażeniu, że panuje informacyjny chaos.

Wierzenia słowiańskie były trochę „porozbijane”, w zależności od plemienia. Bogowie podobnie się nazywali, ale też trochę się różnili miedzy sobą, i nie zostało to nigdzie spisane. Dlatego mamy taki „misz-masz”, taki „kipisz” – mówi Łukasz Gapiński, autor dwóch powieści o „prasłowiańskiej” tematyce. – Mamy Trzygłowa, gdzie indziej zaś Świętowida, Welesa i Peruna.

– Co ciekawe, nie mamy z naszego grodziska żadnych znalezisk świadczących o przejawach kultu. Jak na razie nie znaleźliśmy też żadnego cmentarzyska, które mogłoby powiedzieć w jakim obrządku byli chowani mieszkańcy.

Czy byli – jak to się jeszcze do niedawna mówiło, „poganami”? Jeśli przyjmiemy, że przyglądamy się życiu grodu w X wieku – w momencie, w którym na Pomorze przybywa św. Wojciech, trudno byłoby przyjąć, że tu, pośród puszczy, wierzono w Chrystusa, skoro nie znano go w tajemniczym skądinąd URBS GYDDANYZC.

– Na pewno gdzieś tutaj była kącina, czyli chram – słowiańska świątynia, w której oddawano cześć bogom – podsumowuje archeolog.

Spotkanie w budynku sopockiego muzeum dobiega już końca. Czas wspiąć się na górę, do znajdującego się tuż obok grodziska.

Jest początek jedenastego wieku. Nie słychać Szybkiej Kolei Miejskiej z przodu, nie słychać ulicy Haffnera za plecami. Słychać szum morza, którego fale podczas sztormów rozbijają się o stoki grodowego wzgórza. Wędrowiec zmierza pod górę.

Kim jest?

Być może przybyszem z Damaszku. Albo wysłannikiem króla Bolesława, władcy Polan. Wikingiem?

Nie wiedzą tego jeszcze strażnicy grodu.

– Kim jesteś i skąd przybywasz? – wołają do stojącego u bramy.

Wietrznie dzisiaj. Na morzu sztorm.

– Jam jest… – słowa przybysza giną w szumie fal rozbijających się o brzeg grodowego wzgórza.

– Dzień dobry! – wołam stojąc pośrodku majdanu. Brama była otwarta. Nie widzę nikogo, jakby zrekonstruowane grodzisko było opuszczone.

Widzę kilka drewnianych chat. Zagrodę z kozami, które przyglądają mi się ciekawie. Kuźnię. Tor łuczniczy. Dużą, zadaszoną wiatę, dwa kamienne piece. I czterogłowy posąg Światowida.

Po chwili z jednej z chat wychodzi mężczyzna ubrany w wojskowe spodnie i czarny poler.

– Nazywam się Hubert Skrocki i jestem pracownikiem muzeum i rekonstruktorem – przedstawia się.

Rekonstrukcja historyczna. Archeologia eksperymentalna. Chodzi o to, żeby na własnej skórze spróbować odczuć, jak żyło się przed wiekami. To dziś pełnoprawne źródło wiedzy historycznej, w coraz większym stopniu doceniane – a nawet praktykowane, przez profesjonalnych historyków.

Postanawiam zadać pytanie, które nurtowało mnie od początku rozmowy z Pawłem Pogodzińskim, tam na dole, w muzeum.

Czterdziestka na karku, bóle w krzyżu, w kolanach, alergia na pyłki, bóle głowy jakieś, migreny…

– Czy współczesny człowiek, taki jak ja na przykład, dałby sobie radę w tamtych czasach?

Hubert Skrocki zawahał się spoglądając na mnie. Odnoszę wrażenie, że rekonstruktor nie chce być nieuprzejmy.

– Współczesny człowiek taki jak pan… No… Nie znam pana możliwości… – próbuje wybrnąć dyplomatycznie.

Postanawiam więc natychmiast uogólnić pytanie, tak żeby rozmowa nie skierowała się na niekorzystne dla mnie tory.

– Przeciętny, współczesny człowiek, dajmy na to…

– Przeciętny człowiek miałby problemy.

– A pan?

– Archeologią eksperymentalną zajmuję się już od siedemnastu lat, więc jestem, jakby to powiedzieć… Przekonany, że dałbym sobie radę.

– Czy nas, współcześnie żyjących, różniły od wojów z X wieku parametry fizyczne? Czy wówczas ludzie byli silniejsi, sprawniejsi?

– Na pewno byli sprawniejsi. Z racji tego, że ich całe życie to była fizyczna praca. Przychodził zmierzch, człowiek po całym dniu ciężkiej pracy, mył się i dopiero się kładł spać…

– Mył się?

– Tak, Słowianie byli bardzo czystym ludem. Sobota była takim dniem, w którym myto się obowiązkowo. Słowianie znali saunę. Rozgrzewało się kamienie w ognisku, wyciągało się je, przenosiło do pomieszczenia, polewało wodą.

– Wie pan, ja się zastanawiam… – postanawiam drążyć temat. – Dzisiaj ktoś może mieć najszczersze chęci, może nauczyć się strzelać z łuku, jeździć konno i na piechotę codziennie łazić czterdzieści kilometrów. Ale przyjdzie taki mróz, minus dwadzieścia i ktoś taki dostanie kataru i zapalenia oskrzeli, bo okryje się skórą niedźwiedzia zamiast ubrać polar i gore-tex… Zmoczy ubranie i go przewieje, i bez antybiotyku ani rusz.

– Mówimy o zahartowaniu. Ci ludzie się w takich warunkach rodzili. Siłą rzeczy stawali się odporni.

– Czyli coś nas jednak różniło.

– Tak. Ale jeśli chodzi o ubrania – powiem szczerze, że wełna i len dawały radę. Trzeba było mieć kilka warstw na sobie. Nosiło się koszulę, na nią tunikę, ewentualnie drugą tunikę i gruby kaftan, na zimę na przykład.

– Dobrze, ale jest sfera, w której kompletnie nie widzę współczesnych facetów… Chodzi mi o walkę. Jak sobie wyobrażę, że czterdziestu chłopa stoi tu na wale trzymając włócznie i topory, a od strony plaży idzie kilkudziesięciu Wikingów i zaraz trzeba będzie się zarzynać w walce wręcz… W tej dyscyplinie raczej nie mielibyśmy szans. Najmniejszych.

– No tak, z walką to już jest gorzej – śmieje się współczesny słowiański wojownik. – Chociaż Wikingowie przybywali tu raczej w celach handlowych.

– No to wyobraźmy sobie, że tym akurat zabrakło grosza i postanowili wziąć sobie kilku niewolników siłą.

– No tak, możemy to sobie wyobrazić. Jednak w walce nie zawsze chodziło o zabicie. Raczej o wyeliminowanie.

– A że przypadkiem nogę się obcięło…

– No, mieczem obciąć nogę raczej byłoby trudno.

– Zgruchotało kolano…

– O, to już prędzej. Bo miecz bardziej miażdży niż obcina, miecz jest raczej tępy. Tylko końcówka miecza, czyli sztych jest ostry. Uderzenie polegało na tym, żeby zmiażdżyć na przykład bark, a potem, jak się przejechało sztychem, to można było na przykład przeciąć tętnicę.

Rekonstruktor, na potwierdzenie swoich słów trąca mnie lekko w bark i pokazuje, w jaki sposób sztych trafiłby na moją, owiniętą teraz szalikiem, tętnicę.

– No i pozamiatane, nie było co zbierać wtedy. OIOM-ów nie było – stwierdzam.

– W tym przypadku – tak. Ale oni sobie bardzo dobrze radzili, jeśli chodzi o tego typu rany. Gorzej było z postrzałami.

– Z łuku, jak rozumiem?

– No, a z czego? Z łuku było gorzej. Jak strzała utkwiła w barku albo w nodze, to jeszcze było OK. Wtedy się ją przepychało, żeby usunąć z ciała, wypalało ranę…

– Zdaje pan sobie sprawę, z tego, co teraz mówi? – teraz ja się śmieję. – „Tu się przebijało, wypalało i było OK”. A zaczynaliśmy rozmowę od tego, czy współczesny człowiek dałby radę.

– Dlatego mówię, że jeśli chodzi o walkę – byłby problem.

– Tak, ja też tak myślę, że z wypalaniem rany na żywca mógłby być u mnie problem.

– Problem to byłby, gdyby panu strzała utkwiła w brzuchu.

– Pewnie wszystko by mi tam w środku pociachała…

– No właśnie! Ale jak to sprawdzić?

– Rentgenów też nie było.

– No nie było. Zostawiano strzałę w ciele i takiego delikwenta, karmiono go cebulą i czosnkiem i po trzech godzinach wąchano ranę, sprawdzano, czy śmierdzi cebulą i czosnkiem. Jak śmierdziała, to…

Wymowny gest na gardle.

– To go dobijano. Nic się nie dało zrobić. Nie znano chirurgii w tej części Europy – rekonstruktor dodał, żeby nie było wątpliwości.

– A jeśli nie śmierdziała?

– To oznaczało, że trzewia są całe. Najpierw upijano go do nieprzytomności. Wiązano go. Trzymało go pewnie z dziesięciu chłopa, żeby się nie ruszał. Potem przepychano strzałę na wylot, zgodnie z kierunkiem w którym wleciała, bo strzały nie wyciągano, grot jest tak zbudowany, że to uniemożliwia. Wypalano ranę. Zaraz mdlał i kolejne dwa albo trzy tygodnie leżał nieprzytomny. To pozwalało mu zregenerować siły.

Z Hubertem Skrockim można długo gadać. Co ciekawe, o realiach X wieku mówi, jak o wakacyjnej przygodzie. Tak właśnie rozmawia się o historii z rekonstruktorami. To ich odróżnia od gabinetowych historyków.

– Czy mogę napisać w reportażu, że każdy, kto tu do sopockiego grodziska zawita, może was, rekonstruktorów zapytać, poprosić o opowieść?

– Oczywiście, zawsze. Od tego tutaj jesteśmy. Ja jednak staram się nie narzucać odwiedzającym. Zawsze mówię, że w razie pytań można się do mnie zwrócić. I jestem w pobliżu. Do dyspozycji zwiedzających nasze grodzisko.

Rekonstruktor odprowadza mnie do bramy śmiejąc się  przyjaźnie na pożegnanie.

Poprawiam sobie szalik szczelniej zasłaniając tętnicę.

Muzeum - Grodzisko w Sopocie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Hubert Skrocki. Muzeum – Grodzisko w Sopocie. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

I to już koniec podróży w czasie.

Dziwne uczucie, gdy po spędzeniu dwóch godzin w X i XI wieku wsiada się do samochodu, odpala silnik, a po kilku minutach stoi w korku słuchając serwisu informacyjnego.

Czy nasz świat będzie równie tajemniczy i trudny do zrozumienia dla potomnych?

Czy prowadzenie samochodu będzie czynnością trudną do wyobrażenia dla ludzi żyjących w XXXI wieku?

Dziwne to wszystko, oj dziwne.

***

Informacje praktyczne

Obecnie na piętrze sopockiego muzeum – grodziska, prezentowana jest wystawa „Gry planszowe. Świadectwo cywilizacji”. Będzie czynna do 15 kwietnia 2017 roku. Oprócz zwiedzenia wystawy z zabytkowymi grami i ich opisami w różnych kulturach (począwszy od społeczności zbieracko – łowieckich), można osobiście zagrać w niektóre z nich. W tym celu zostały przygotowane specjalne stanowiska. Na odwiedzających czekają starożytne „planszówki” – HNEFATAFL (grywali w to Wikingowie), MŁYNEK i MANKALA. Przy stanowisku dostępne są karty z opisami reguł danej gry.

Wycieczkę do sopockiego grodziska warto więc zaplanować na dłuższy czas, warto zawitać tu całą rodziną. Oprócz poznawania historii samego obiektu i życia Słowian, można oddać się rywalizacji… To również rodzaj rekonstrukcji – eksperymentalnej archeologii i historii. Każdy może spróbować.

Strona internetowa sopockiego grodziska: TUTAJ

Godziny otwarcia:

Listopad – kwiecień
Wtorek – niedziela 9:00-17:00

Maj – październik
Wtorek – niedziela 10:00-18:00

W poniedziałki nieczynne

Sobota jest dniem bezpłatnego wstępu

Ceny biletów:

– normalny – 8 zł
– ulgowy – 6 zł
– z Kartą Sopocką – 6 zł
– z Kartą Turysty wejście do skansenu za darmo w ramach Pakietu rodzinnego, Pakietu zwiedzanie lub Pakietu dla aktywnych

– przewodnik w języku polskim, max 30 osób – bilety wstępu

Koszt lekcji muzealnych:
W zależności od wybranego wariantu od 6 zł do 17 zł od osoby.

Adres

Muzeum Archeologiczne w Gdańsku – Oddział Grodzisko w Sopocie

ul. Haffnera 63
81-715 Sopot
tel. (58) 340-66-00
e-mail: grodzisko@archeologia.pl

Dojazd: kliknij TUTAJ

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły