Instynktowne wakacje. Żeby nie było fuszerki [FILM] - Magazyn Kaszuby
Instynktowne wakacje. Żeby nie było fuszerki [FILM] 10
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Instynktowne wakacje. Żeby nie było fuszerki [FILM]

Bartek

W latach dziewięćdziesiątych Bartek był dziennikarzem radiowym, potem miał własny biznes [doradztwo finansowe] , ostatnio zaś pracował w instytucji samorządowej, którą sam nazywa korporacją.

Właśnie zsuwa potężny stukilowy wózek z pick-up’a. Wokół słychać przeraźliwe ujadanie psów, które jeszcze są zamknięte w przyczepce, za chwilę nagle zamilkną i pomkną leśną drogą.

Wózek wazy sto kilo. Trzeba go transportować pick-up'em. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Wózek waży sto kilo. Trzeba go transportować pick-up’em. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Używam słowa „korporacja” nie po to, żeby dewaluować to pojęcie. Pracowanie w korporacji dla mnie to było dostosowanie, uporządkowanie swojego życia dokładnie do dwudziestoczterogodzinnego scenariusza zajęć, bardzo regularny tryb życia. Zawsze wiadomo, w jakich godzinach śpimy, w jakich odpoczywamy, w jakich pracujemy. W takich warunkach chwytanie wolnego czasu jest rzeczą niesamowicie trudną.

W 2013 roku współorganizowałem i uczestniczyłem w wyprawie do Laponii, 500 km za kołem polarnym. To nie był biegun zimna. Blisko granicy rosyjskiej, dzikie tereny, ale nie tak znowu zimne… To był dziwny rok, zarówno na półwyspie skandynawskim, jak i w Polsce temperatury spadły do wartości niespotykanych. Lapończycy opowiadali, że od lat nie spotykali się w marcu z temperaturami poniżej 20 stopni. A wtedy, w marcu temperatury spadały nawet do minus trzydziestu, minus czterdziestu stopni. Mieliśmy nasze psie zaprzęgi, namioty, śpiwory i robiliśmy rzeczy trochę ekstremalne… Fantastyczna wyprawa, fantastyczne możliwości, a urlop krótki. Brak możliwości przedłużenia. Trzeba wybierać, nie ma możliwości przeciągania, nikt nie daje taryfy ulgowej. I w momencie kiedy była jeszcze perspektywa zrobienia wielu fajnych rzeczy w Laponii, nagle trzeba wsiąść w samochód, przejechać trzy tysiące kilometrów i zrzucić ciuchy w których człowiek tkwił przez trzy tygodnie, założyć marynarkę i w poniedziałek rano stawić się o ósmej w pracy tak, jakby nic się nie stało.

Trudno mi powiedzieć, czy byłbym w stanie to powtórzyć, chodzi mi o to przejście, przeformatowanie się w jednej chwili. Ileś takich sytuacji w pewnym momencie utwierdza człowieka w przekonaniu, że nie da się tak na pół gwizdka, stać jedną nogą w czymś zupełnie odmiennym. W pewnym momencie życia trzeba się na coś zdecydować.

I rozwijać – albo karierę zawodową i poświęcić się jej na sto procent, albo poświęcić się temu, co człowiekowi w duszy gra, też na sto procent. Bo świat jest taki, że jeśli człowiek nie daje z siebie stu procent, to zaczyna odwalać fuszerkę.

Sylwia

Sylwia od dziecka w sporcie. Wystarczy rzut oka – sylwetka sportsmenki, talia osy. Bartek, jak mówi, bardziej jest „szuwarowo-bagienny”, Sylwia zaś, zdecydowanie jest „fit”. Gdy za chwilę Bartek wyruszy z psami na trening do lasu, Sylwia przyjmie grupę pań, które w niedzielne południe zawitają do ich domu w Skrzeszewie Żukowskim.

Sylwia jest "fit". Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Sylwia jest „fit”. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

– Trenowałam przez 10 lat lekkoatletykę, był to bardzo fajny czas w moim życiu, i w momencie kiedy skończyła się zabawa ze sportem wyczynowym, zastanawiałam się, co ja mam zrobić ze sobą… Miałam wtedy już skończone studia na AWF. No ale… Do szkoły uczyć? Trenerem zostać? Nie wiedziałam.

Pierwsze grupy fitness zakładałam w 2001 roku. Zaczynałam od wynajmowania sali w małych miasteczkach, w Redzie na przykład, wywieszałam ogłoszenia na dworcu – „aerobik dla pań, wtorki i czwartki, miejsce, godzina, zapraszamy”, i już. Na początku dojeżdżałam dla dwóch, trzech osób, zwracały mi się koszty biletu, a potem przyszedł wrzesień, jedna pani powiedziała drugiej pani i nagle babki zaczęły przychodzić. Wkrótce miałam po dwie grupy jednego dnia, dwa, a potem nawet trzy razy w tygodniu. A potem stwierdziłam: OK, ale trzeba coś bliżej domu znaleźć, i tak trafiłam do dużego klubu w Gdańsku – do Spójni, gdzie przepracowałam trzynaście kolejnych lat.

Awansowałam, zostałam menadżerem klubu. Jednak przyszedł moment, w którym zaczęłam czuć, że, kurczę, coś trzeba zmienić. Brakowało wyzwań a poza tym, trzynaście lat pracujesz na tej samej sali… Ciągle w tym samym miejscu, mniej więcej z tymi samymi ludźmi… Przychodzi zmęczenie materiału.

Bartek, Syliwa i Ala w swoim domu w Skrzeszewie Żukowskim. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Bartek, Sylwia i Ala w domu w Skrzeszewie Żukowskim. Fot. Tomasz Słomczyński/Magazyn Kaszuby

Instynkt

Sylwia: Pewnego dnia Bartek dzwoni: „Znalazłem w internecie, jest miejsce, zaklepałem, jedziemy oglądać”. Tu były tylko krzaki… Tu były takie krzaki, że gość który nas przyprowadził tutaj, powiedział: tam w oddali jest koniec państwa działki. Przejść możecie tylko dookoła, bo przez samą działkę się nie da. Rozejrzeliśmy się dookoła i poczuliśmy takie…. Kurczę, tu jest fajnie, nie?

Bartek: To był taki moment, jakbyś robił krok, nie zdążył nogi z przodu postawić na twardym gruncie, a nogę z tyłu musiał już zabierać. Nasze nieruchomości, które miały sfinansować tę przygodę, były już wystawione na sprzedaż, pośrednicy przyprowadzali nam już klientów, a my nie mieliśmy nie tyle domu, co nawet nie wybraliśmy miejsca. Aż do momentu, kiedy przyjechaliśmy tu, do Skrzeszewa. To była determinacja – kurcze, po prostu wyprowadzamy się z miasta bo chcemy żyć bliżej przyrody, bliżej natury.

Sylwia: Chcemy z naszymi psami żyć.

Bartek: Tak chcemy mieć nasze psy…

Sylwia: I chcemy mieć kota.

Bartek: Chcemy rozwijać nasze pasje. Chcemy porzucić miasto, korki, wszystko, co zaczęło nas denerwować. I może nawet nie chodzi o te korki, bo jeśli stoi się w korku, a człowiek jedzie do jakiegoś miejsca w którym odpocznie, to jest super. W mieście mieliśmy poczucie zamknięcia. Myśleliśmy w ten sposób: jeśli tu na wsi nie uda nam się założyć i utrzymać jakiegoś biznesu, to trudno, będziemy zaciskać zęby i dojeżdżać do miasta żeby zarabiać pieniądze. Ale tylko tak długo, dopóki nie wymyślimy czegoś, żeby móc na tej naszej wsi zostać.

Ktoś by powiedział: to najpierw sobie wymyślcie sposób na zarabianie pieniędzy na wsi, a potem dopiero sprzedawajcie swoje mieszkania i kupujcie dom na wsi.

Sylwia: czasami jest tak, że kiedy jesteś w jakimś miejscu, to pomysły same przychodzą, nagle się to otwiera, pojawiają się różne możliwości, ale widzisz je dopiero kiedy jesteś w tym miejscu, nie potrafisz ich przewidzieć. Czasami trzeba zaufać… Przeznaczeniu jakiemuś…

Bartek: Ja bym powiedział że jeśli tak bardzo chcemy przybliżyć się do natury, to otoczenie ma znaczenie, ale mają znaczenie też pierwotne instynkty w nas samych. Ludzie czasami te instynkty tłamszą… One nam podpowiadają, że jednak warto próbować, warto iść w kierunku wyzwań. To jest rozsądne, bo intuicja jest czymś bardzo pierwotnym, a rzeczy pierwotne to właśnie natura. Jeśli chcemy „wejść” w tą naturę, musimy jej szukać nie tylko w otoczeniu. My zaczęliśmy szukać w sobie trochę tej dzikości. A dzikość to jest instynkt. A instynkt nie zawsze jest uświadamiany i racjonalny. I trzeba być w tym szukaniu natury konsekwentnym.

Zamieszkać na wakacjach

[Znajdujemy się w drewnianym domu zbudowanym z belek, „na zakładkę”. Budowali go miejscowi Kaszubi. Sylwia raz po raz wstaje by dołożyć drew do ognia płonącego w kominku. Jedenastoletnia Ala znika w swoim pokoju, do którego prowadzą schody na górę. Z kąta w kąt przechadza się leniwie puchaty kocur, który przy bliższym poznaniu okaże się kotką.]

Ale po kolei. Widzicie tę zarośniętą działkę, wtedy jeszcze obydwiema nogami tkwicie w Trójmieście…

Sylwia: Tak, aczkolwiek Bartka dom w Gdańsku jest już wystawiony na sprzedaż. Ten dom, w którym jesteśmy, powstawał przez dziewięć miesięcy. Przeprowadziliśmy się w lipcu, pracę rzuciłam w kwietniu następnego roku. Pomysł był taki, że na początku jeszcze będziemy dojeżdżać do Gdańska do pracy. Wybieranie domu, jaki my chcemy, znalezienie kogoś, kto zrobi nam dom tak, jak my chcemy, potem było pilnowanie terminów; „panowie, ale my tu w lipcu się wprowadzamy…”. Bo wymyśliliśmy sobie, że skoro budujemy taki dom, w takim właśnie miejscu, to mają to być wakacje, nasze wakacje zaczęły się na początku lipca 2015 roku.

Bartek: Chcieliśmy mieszkać tak, jakbyśmy byli na wakacjach, żeby już tak zostało. Wyprowadziliśmy się z miasta na wieczne wakacje.

Sylwia: Piątego lipca się tu sprowadziliśmy a szóstego lipca pojechaliśmy odebrać psy…

[Z Gdańska do Skrzeszewa przyjechały cztery psy. Obecnie w kojcach koło domu mieszka dwanaście psów.]

Proza życia. Fitness i psy na wiosce

Przyjechaliście zamieszkać na wakacjach, ale urlopy się pokończyły i trzeba było wracać do pracy w Gdańsku.

Sylwia: Tak, i powstał problem – co z Alą? Ala miała 10 lat, zaczynała piątą klasę podstawówki. Przeniosłam ją do szkoły znajdującej się obok mojego miejsca pracy we Wrzeszczu, i przez rok jeździliśmy jednym samochodem, wszyscy we trójkę, wstawaliśmy o szóstej, wyjeżdżaliśmy przed siódmą, na ósmą do pracy i szkoły. Gdy Ala nie miała akurat lekcji, przesiadywała u mnie na siłowni. Zdarzało się, że po południu musiałam poprowadzić zajęcia. Więc Ala i Bartek dwa razy w tygodniu czekali na mnie w Gdańsku aż skończę. W domu byliśmy zwykle dopiero wieczorem, między siedemnastą a dziewiętnastą.

W styczniu tego roku postanowiliśmy, że dość takiego życia, że rezygnuję z pracy w Gdańsku, dostałam dotację z urzędu pracy i założyłam firmę. Wynajęłam sale w szkołach w Pępowie i w Przyjaźni, rozwiesiłam ogłoszenia, założyłam stronę internetową, profil na Facebooku, i tyle… Przychodzą panie, zresztą nie tylko z okolicznych wiosek. Na zajęcia z psami przyjeżdżają również klientki z Trójmiasta. Bo chodziło o to, żeby połączyć Bartka i moją pasję. Do mojego fitnessu włączam pracę z psami. Chodzimy z nimi do lasu, zaprzyjaźniamy się z nimi, biegamy z nimi.

Canicross – oficjalna dyscyplina sportowa należąca do grupy sportów psich zaprzęgów. Polega na bieganiu z psem upiętym na smyczy z amortyzatorem (długości ok 2,5 w rozciągnięciu), łączącej się z pasem na talii maszera. Pies biegnie przodem pomagając tym samym w biegu zawodnikowi.

Dogtrekking – marsz terenowy z psem upiętym na smyczy.

Dogtrekking. Źródło: archiwum prywatne.

Dogtrekking. Źródło: archiwum prywatne.

Teraz do oferty dołączamy przejażdżki psimi zaprzęgami, naukę prowadzenia takich zaprzęgów. Ale tego to ja już nie ogarniam, to domena Bartka… I tak Bartek wchodzi ze swoją działką do firmy, którą założyłam.

Bartek w swojej „korporacji” złożył wymówienie przed miesiącem. Formalnie – pracuje w niej jeszcze do 30 stycznia.

To działo się na naszych oczach. Dzikość

Bartek: Pewne rzeczy dzieją się same. Polegamy na naszym instynkcie i intuicji. Działalność Sylwii rozwija się w kierunku związanym z canicrossem i dogtrekkingiem, ale jest jeszcze jedna rzecz, która pojawiła się przypadkowo – ale to tak jest… Jeśli człowiek stoi w miejscu, to pewne sytuacje się nie pojawiają.

Mamy w rodzinie niepełnosprawną dziewczynkę. Na naszych oczach zaczęły dziać się niesłychane rzeczy, bo dziewczynka po udarze, uczęszczając na terapię w obecności naszych psów, zaczęła się zupełnie inaczej zachowywać, otwierać  sparaliżowaną stronę. Psy były dla niej bodźcem i zachętą żeby odblokowywać zamknięte sfery. Trzymała przy sobie zamkniętą w piąstkę rączkę. Psy liżąc i podgryzając jej tę rączkę, spowodowały, że dziewczynka zaczęła wyciągać ją w ich stronę i otwierać paluszki. Dla terapeuty to jest kosmos, żeby do tego dojść żmudną pracą i ćwiczeniami, to może trwać miesiącami, albo i latami. Tymczasem psy aktywizowały pewne funkcje mózgu. To wszystko działo się na naszych oczach, bez naszego udziału.

Pomyślałem – dobrze, trzeba więc pójść również i w tę stronę. Sprawdziłem, jak to jest z NFZ-em, z organizacjami pozarządowymi zajmującymi się dogoterapią, zapisałem się na intensywny kurs prowadzony przez jedną z fundacji w Gdyni. Jeżdżę tam z jednym z moich psów.

Więc: fitness, canicross, dogtrekking, psie zaprzęgi, a teraz jeszcze dogoterapia. A rok temu obydwoje pracowaliście w Gdańsku i spędzaliście po kilka godzin w dojazdach.

Bartek: Mamy nazwę na to, co robimy: Laboratorium dzikości. Laboratorium dlatego, że jest to praca, próby, czynności, uruchamianie pewnych procesów. A dzikość dlatego, że po pierwsze – styl życia Sylwii, sport, rekreacja, wszystko w otoczeniu natury, lasu. Po drugie zaś – psy. Hodujemy psy rasy alaskan husky i psy grenlandzkie, wykorzystywane przez Eskimosów. To dzikie rasy, stworzone do pracy w zaprzęgach. Po trzecie: dzikość to też kwestia naszego zdrowia – psychicznego i fizycznego. Jeśli sięgamy do psychiki każdego z nas to znajdziemy tam pierwotne siły, które nas uleczą. Pytanie tylko, czy potrafimy je odnaleźć.

Tak, to wszystko zapinamy w klamrę, którą nazwaliśmy: Laboratorium Dzikości.

Bartek opowiada o swoich psach, o wyścigach psich zaprzęgów i o stawianiu sobie celów.

Hodujemy psy rasy alaskan husky, sprowadzone z Norwegii, od kilku pokoleń biorą udział w wyścigach psich zaprzęgów na bardzo długie dystanse, u najlepszych maszerów na świecie. Te psy były szkolone, ćwiczone od 1925 roku do pokonywania bardzo dużych odległości. To dzika, fantastyczna rasa pasów zupełnie niezmieniona przez hodowców. Są bardziej wytrzymałe nawet od wilków. Taki zaprzęg może pokonać w ciągu doby 180 – 200 km. A wyścig trwa tydzień albo i dłużej, bo wyścigi są organizowane na dystansach tysiąca czy nawet dwóch tysięcy kilometrów. I chociaż nasze psy sprowadziliśmy od znanych hodowców z Norwegii, to wyglądają niepozornie. Gdyby uciekły na wioskę, to każdy by pomyślał że to zwykłe Burki.

Hodujemy również psy grenlandzkie – te z kolei przez wieki towarzyszyły Eskimosom. Tak jak sposób życia Eskimosów zamiera, tak też ginie ta rasa psów. One z Amundsenem zdobyły biegun południowy.

Tak jak my mamy piłkę nożną, amerykanie mają swój football, tak w Skandynawii popularne są wyścigi psich zaprzęgów. Ludzie tam potrafią recytować linie genetyczne poszczególnych psów biorących udział w wyścigach. A na Alasce – wiadomo, tam to jest sport narodowy.

Ukończenie długodystansowego wyścigu, to nie tylko kwestia siły i odporności psów, to także strategia maszera. Oparta na tym aby umieć tak rozłożyć siły i wiedzieć kiedy przyspieszyć, żeby wyprzedzić konkurencję.

Sukcesem jest już sam start w takim wyścigu. Trzeba najpierw przejść kwalifikacje, wystartować w kilku krótszych wyścigach. Chodzi o to, że organizatorzy muszą wiedzieć, że masz doświadczenie. Możesz napotkać na trasie mordercze warunki: wiatr wiejący z siłą stu kilometrów na godzinę, śnieżycę, mróz, to wszystko może cię unieruchomić, i musisz przetrwać. Stąd też próby moich wypraw, żeby się tego uczyć. Doświadczenie to również kwestia rozłożenia sił – musisz przyjąć jakąś strategię,

Łącznie musisz wykorzystać określoną ilość godzin przymusowego postoju, ale to ty decydujesz kiedy i na którym checkpoincie to zrobisz. I czy się zatrzymasz z psami na pięć minut, czy na kilka godzin. Maszerzy mają swoje strategie, wiedzą kiedy zwolnić, kiedy przyspieszyć, i chodzi też o to, żeby przeciwnik tej strategii nie odkrył. No i element zaskoczenia: na przykład warunki pogodowe, dajmy na to – zadymka śnieżna. Jeśli ktoś nie trenował psów przy takiej pogodzie, będzie musiał się zatrzymać, psy nie pójdą. Ktoś inny właśnie wtedy odskoczy do przodu, bo trenował psy, przygotował je na takie warunki. Czasami w trakcie trwania wyścigu dziesięć razy zmieni się pogoda.

Moim marzeniem jest, żeby dojść do miejsca, do którego będę w stanie dotrzeć. Nie chcę sobie stawiać zbyt ambitnych celów. Będę szczęśliwy jeśli za rok uda mi się w Skandynawii ukończyć wyścig na 200 kilometrów. A jeżeli ukończyłbym taki wyścig w dobrym stylu, wszystkie psy byłyby zdrowe, ja bym był z siebie zadowolony… Bo wiesz, można ukończyć taki wyścig z poczuciem: „Boże, ile muszę się jeszcze nauczyć!”. Więc jeśli będę mógł powiedzieć, że zdobyłem na tym wyścigu potrzebne doświadczenie i wszystko pójdzie dobrze, to być może pomyślę o 500 kilometrach… Potem przechodzisz na poziom wyżej… Jeśli ukończysz wyścig na 500 km, masz trzy lata żeby startować w wyścigu na 1000 km. Żaden Polak jeszcze nie ukończył wyścigu na tysiąc kilometrów.

W Polsce nie da się przygotować zaprzęgu do wyścigu na 400, 500 czy 1000 kilometrów. Trzeba trenować na Północy. Więc jeśli kiedykolwiek chciałbym stanąć na starcie takiego wyścigu, będzie to możliwe tylko wtedy, gdy plan treningowy będzie realizowany w Skandynawii. Czyli będę musiał zamieszkać tam na kilka miesięcy. Tak robią Czesi, Włosi, Anglicy, Hiszpanie. Kilka profesjonalnych zespołów w Polsce przygotowuje się do tego. W Polsce jest pięciu, sześciu maszerów, którzy postawili wszystko na jedną kartę. Trzymam kciuki za wszystkich. Tak, chciałbym kiedyś do nich dołączyć.

Stąd przeprowadzka na wieś. Nie można mieszkać w mieście i hodować psy zaprzęgowe. Wszyscy profesjonalni maszerzy przeszli taką drogę.

Ale wiesz co…

Zajmując się rzeczami nietypowymi, jak mushing [używanie psich zaprzęgów do celów sportowych lub transportowych – red.] , łatwo jest zostać gwiazdorem czyli rozreklamować siebie jako człowieka, który zajmuje się niesamowitymi pasjami. Można opowiadać o tych wyścigach, jakby człowiek już prawie je miał w kieszeni. Trudność jednak polega na tym, że żeby do takiego wyścigu się przygotować i go potem ukończyć, trzeba zdobyć szereg doświadczeń, w które wpisane są też porażki. To jest ścieżka dla ludzi pokornych, najlepsi wychodzą z cienia dopiero wtedy, gdy docierają do celu. Gwiazdorstwo to jest oszustwo, można zbajerować sponsorów, różnego rodzaju instytucje, człowiek jest potem zakładnikiem tego, co komu powiedział. Dlatego wolałbym mówić o tym, co mam teraz, nie zaś o jakichkolwiek ambitnych planach związanych ze startami w wyścigach długodystansowych na Dalekiej Północy.

Profil Bartka na Facebooku znajdziesz TUTAJ

Profil firmy Sylwii – Stepout – znajdziesz TUTAJ, zaś stronę internetową – TUTAJ

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły