Beskid Kaszubski. Wanoga znaczy wędrówka - Magazyn Kaszuby
Beskid Kaszubski. Wanoga znaczy wędrówka 1
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Beskid Kaszubski. Wanoga znaczy wędrówka

Wychodzi więc na to, że trzeba będzie zmieniać podręczniki do geografii. Aktualnie ministerstwo przygotowuje nową tzw. podstawę programową, więc ślemy niniejszym podpowiedź: mamy Beskid na Kaszubach. Beskid Kaszubski.

Jedynym, niepodważalnym i rozstrzygającym dowodem na potwierdzenie tej tezy jest fakt, że w ostatnią sobotę, 10 grudnia 2016 roku, czternaście osób wybrało się na beskidzką wędrówkę ze Sławek do Krzesznej. A skoro wędrówka była kaszubska i beskidzka… Znaczy się, jest, stoi we mgle, nasz piękny Beskid Kaszubski. Z jego szczytów, przy dobrej pogodzie widać nawet Tatry. Tak mawiają starzy beskidzcy Kaszubi. Nie wierzycie?

Sami zobaczcie. A raczej – poczytajcie.

 

Orientacyjna trasa mikrowyprawy "W głąb kaszubskich gór". Źródło: www.eko-kapio.pl

Orientacyjna trasa wyprawy. Źródło: www.eko-kapio.pl

Sławki. Godzina 9.50. Start spod dworca PKP. Zebrało się czternaście osób – z Trójmiasta, Żukowa, Rumi, Kartuz, Somonina. Ruszamy. Trasa wiedzie wzdłuż torów kolejowych, położonych w dolinie. Ze wschodniego zbocza, którym idziemy, roztacza się widok na Beskid Kaszubski z masywem Wieżycy.

Jeszcze przed wyprawą, jej organizator, Piotr Kowalewski – przewodnik beskidzki, kaszubski regionalista, mówił Magazynowi Kaszuby:

– Próbuję stworzyć coś w rodzaju środowiska ludzi, którzy chcą wokół siebie zobaczyć coś ciekawego, ruszyć się z domu, przy czym uważam, że wcale nie trzeba szukać przygód daleko…

Piotr chciałby stworzyć cykl wycieczek na Kaszuby, na Pomorze.

– Mikroprzygody – tak nazywam swego rodzaju „atrakcje”, takie jak na przykład spanie pod namiotem, gotowanie dzikich roślin, spotkania na trasie z ciekawymi ludźmi czy slajdowiska.

Piotr założył profil na Facebooku: Beskid Kaszubski.

Po godzinie marszu doszliśmy do wsi Rybaki. Przystanek pod Bożąmęką – przydrożnym krzyżem stojącym na środku wsi.

Opowiada Piotr Kowalewski:

– W 1896 roku, miejscowy gospodarz, nazywał się Hoppe, znalazł na swoim polu skarb. Znajdował się w naczyniu, zawierał węzełek z lnianej tkaniny. Były tam monety, różne ozdoby, sztabki, blachy i druty ze srebra. Skarb był bardzo wartościowy. Ten pan chyba był niezbyt świadomy znaleziska, bo jednego z tych drutów użył sobie do naprawienia kosy. Skarby dał dzieciom do zabawy, które to dzieci zabytkowe przedmioty pogubiły. Ocalała część biżuterii i trafiła w końcu do muzeum do Gdańska, później zaś do Berlina. Jednak nie wiadomo, gdzie to znalezisko się dzisiaj znajduje. Co ciekawe, zbadano je wtedy i na podstawie monet duńskich, arabskich stwierdzono, że skarb zakopano po 1024 roku. Pochodził więc z XI wieku. To może świadczyć o tym, że teren ten był aktywny gospodarczo, że w pobliżu mógł działać jakiś rzemieślnik, mogła tu się znajdować jakaś osada… Być może był to ktoś, kto wyrabiał biżuterię, a sztabki i druty mu do tego służyły… Zresztą w Rybakach zlokalizowano – nieprzebadane dotychczas, grodzisko wczesnośredniowieczne. Naukowcy zwracają uwagę przy tej okazji na inne, sąsiednie grodziska, w miejscowościach: Chmielno, Piotrowie, Czapielskim Młynie, w Pierszczewie, jest jeszcze Zamkowa Góra koło Kartuz… I między innymi – w Rybakach.

Było to więc grodzisko, które funkcjonowało w większej strukturze… Ale to już zupełnie inna historia, a my tymczasem idziemy dalej rozglądając się dokoła w poszukiwaniu wystających z ziemi lnianych zawiniątek.

Docieramy na szczyt Wieżyca, 329 m. n.p.m.

Piotr Kowalewski wyciąga z plecaka stare pocztówki, fotografie.

– Na tyle, na ile udało mi sie dotrzeć do informacji… Najpierw była tu wieża geodezyjna, postawiona w 1869 roku. Dwadzieścia lat później stała tu już wieża widokowa. Miała piętnaście metrów wysokości, zbudowana była kamienia i z cegły.

– To znaczy, że tu już był ruch turystyczny w tym czasie…

– Tak. Jednym z pierwszych turystów na Kaszubach, a może nawet pierwszym, którego znamy z imienia i nazwiska, był król Fryderyk IV Wilhelm, który zawitał w te strony w 1851 roku. Nie wiem, czy był na Wieżycy, ale na pewno był obok, w Ostrzycach na Jastrzębiej Górze, gdzie dzisiaj także jest punkt widokowy. Wracając zaś do naszej wieży – przed I wojną światową rozebrano ją z zamiarem wybudowania tu innej wieży ku czci kanclerza Otto von Bismarcka, jakich wiele powstało w Królestwie Prus i do dzisiaj stoją w wielu miejscach. Jednak nigdy nie powstała, nie wiem dlaczego… Po I wojnie światowej stanęła tu wieża dla leśników. Podobnie po drugiej wojnie, również wybudowano wieżę dla leśników. Obecna wieża powstała w 1997 roku. Ciekawe jest, jak wyglądała turystyka wówczas… U stóp Wieżycy, w budynku będącym dziś siedzibą Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego, znajdował się Gasthaus zum Thurmberg. Przyjeżdżało się tutaj bryczkami, w Gasthausie jadło się, piło, brało kluczyki do wieży widokowej i szło się podziwiać widoki.

Piotr pokazuje reprodukcje dawnych widokówek z gasthausem i sylwetką Wieżycy. Sielsko, anielsko, zachęcająco. “Gruss vom Thurmberg, kaschubische Schweiz”.

Na nas czas – już nie do gasthausu, tylko do Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego, na kawkę i ciasteczka.

Wieżyca w Przewodniku Magazynu Kaszuby (informacje, zdjęcia, nawigacja)

 

Do siedziby Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego dotarliśmy po zejściu za szczytu Wieżycy. Mooglismy zjeść pączki, napić się ciepłej herbaty lub kawy. W zwarte szeregi podróżników wkradło się rozprzężenia, które po pół godzinie zostało przegnane zdecydowaną komendą Piotra: “to idziemy, chyba nie…?”

Kaszubski Uniwersytet Ludowy. Opowiada Piotr Kowalewski:

Wchodzimy do lasu. Wkrótce będziemy szli drogą budowaną przez jeńców wojennych. Niemcy przetrzymywali ich koło Ostrzyc. Tam, gdzie dziś wypoczywają turyści – w jednym z ośrodków w Kolanie. Jeńcy budowali drogę dojazdową do Szwedzkiej Góry, gdzie w czasie II wojny światowej znajdowała się potężna radiolatarnia o zasięgu 400 km.

Szymbark. Przy pomniku “Szymbarskich Zakładników” – zamordowanych przez Niemców mieszkańców kaszubskich wsi, spotykamy Łukasza Grzędzickiego, do niedawna prezesa Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, regionalistę, autora książki o parafii w Szymbarku.

Szymbark – niemiecka wieś otoczona “morzem kaszubskim”. Łukasz Grzędzicki tłumaczy, jak to się stało, że akurat tutaj mieszkali Niemcy podczas gdy wszędzie wokół żyli Kaszubi.

I wyjaśnia, jak to było z Szymbarskimi Zakładnikami.

Partyzanci z Gryfa weszli do wsi. Zastrzelili sklepikarza, Niemca. To nie była egzekucja orzeczona wyrokiem sądu podziemnego. To było zabójstwo. Zabity sklepikarz był potem, po wojnie wspominany jako spokojny człowiek, żaden nazista. Tak mówili mieszkańcy Szymbarka i okolicznych wsi.

Niemcy – w zemście, zabili dziesięciu Kaszubów. Część z nich była również członkami Tajnej Organizacji Wojskowej “Gryf Kaszubski”. Ale nie dlatego zostali zamordowani. Rozstrzelano ich bo byli Polakami. Tak, jak sklepikarza zabito – bo był Niemcem.

Szymbark w Przewodniku Magazynu Kaszuby (informacje, zdjęcia, nawigacja)

Łukasz Grzędzicki zaprowadził nas również do kościoła w Szymbarku. Ciemna, nieoświetlona świątynia zrobiła duże wrażenie. Swoją architekturą różni się od “zwykłych” kościołów – a to dlatego, że została wybudowana jako świątynia ewangelicka. Zaskoczyły pokaźne empory (drewniane balkony po obu stronach kościoła). Choć trudno w to uwierzyć, kościół w Szymbarku jest większy niż kolegiata w Kartuzach.

Po drodze do kościoła znany w Polsce działacz kaszubski opowiadał, jak to miejscowi zamienili karczmę na kościół… I co z tego wynikało. Ze śmiechem przytaczał coraz to nową anegdotę, fakt, spekulację…

Trudno oprzeć się wrażeniu, że przez ostatnie lata talent prezesa Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego się marnował. Zamiast prezesować powinien mieć swój program telewizyjny, niczym Wołoszański, Cejrowski albo Makłowicz. Opowiadałby w nim o Kaszubach, rzecz jasna.

– Można go było słuchać i słuchać… – powie potem jedna z uczestniczek wycieczki.

Po wyjściu z kościoła zorientowaliśmy się, że zapadł zmrok.  Rozpadało się. Ostatnie trzy kilometry pokonaliśmy w szybkim tempie, byle szybciej znaleźć się w ciepłym, gościnnym wnętrzu “Malinówki”. I wlać odrobinę tejże do swojego wnętrza. I choć brzmi to wszystko dość dziwacznie, to szczera prawda, bo…

Obiadokolację zjedliśmy w Krzesznej, w “Malinówce”. A gospodarz restauracji poczęstował nas malinówką – własnym wyrobem. Nalewka i kiełbasa słoikowa – to dwie specjalności gościńca, wpisane na listę produktów tradycyjnych, prowadzoną przez ministra wsi i rolnictwa.

Dobrze było zdjąć z siebie wilgotną kurtkę, usiąść w ciepłej sali (w kominku wesoło trzaskał ogień), posilić się i skosztować nalewki.

Na koniec słowo o pogodzie. Jak powiedziała jedna z uczestniczek:

– Gdybym siedziała w domu i patrzyła dzisiaj za okno, stwierdziłabym, że pogoda nie nadaje się na wędrówki. A teraz, po wędrówce stwierdzam, że wprost przeciwnie. Bez problemu można było chodzić.

No właśnie. Nic dodać, nic ująć.

Wanoga znaczy po kaszubsku wędrówka. Piotr zapowiada kolejną w styczniu. Znów wyruszymy w Beskid Kaszubski. Z całą pewnością poinformujemy o tym w Magazynie Kaszuby.

 

Ps. Ze szczytu Wieżycy i Szwedzkiej Góry Tatr nie widać. Żartowałem.

Relacja video:

 

kaszubski-beskid-logo

Podziękowania dla firmy Eko-kapio za udostępnienie mapki – www.eko-kapio.pl.

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły