Lipusz. Muzeum nieoczywiste. Pan Franciszek i ptasie jarmarki - Magazyn Kaszuby
Lipusz. Muzeum nieoczywiste. Pan Franciszek i ptasie jarmarki 4
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Lipusz. Muzeum nieoczywiste. Pan Franciszek i ptasie jarmarki

[współpraca: Edyta Słomczyńska]

Zaczęło się od impulsu… Chociaż nie, impuls był później. Na samym początku był pan Lemańczyk, dyrektor szkoły w Lipuszu. Dzieci zbierały, przynosiły mu stare przedmioty. Potem dyrekcja się zmieniła, zabrakło miejsca w szkole, więc cała kolekcja złożona była w różnych pomieszczeniach, w remizie na przykład. Wędrowała z miejsca na miejsce.

Potem właśnie był impuls. To było na Kujawach.

Październikowa niedziela, nie bardzo zimna, ale pochmurna i ponura. Żeby wejść do muzeum trzeba zadzwonić, numer telefonu widnieje na tablicy przed wejściem do dawnego ewangelickiego kościoła, tuż obok tablicy informującej o tym, że znajduje się tu Muzeum Gospodarstwa Wiejskiego w Lipuszu. Pan Franciszek Lipiński opiekuje się tym muzeum od lat trzynastu. Jest prowadzone przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. Starszy pan podjeżdża na rowerze, otwiera ciężkie drzwi.

– To był impuls. Wyjechaliśmy na Kujawy, i tam przy restauracyjce zobaczyliśmy taki skansen… Opuszczając to miejsce wsiedliśmy do autobusu, i wtedy właśnie pan Stanisław Lewna wstaje, w tym autobusie i mówi: „ ja mam taką myśl, żebyśmy wystąpili do rady gminy, do wójta, żeby nam ten kościół ewangelicki przekazali ponieważ stoi pusty, niszczeje, nic się w nim nie dzieje”.

To było w 2002 roku.

Władze gminy szybko się zgodziły, nie trwało to miesiąc czasu, jak zadzwonił telefon do prezesa tutejszego oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, że trzeba podpisać umowę.

– No i wtedy się zaczęło. Czterech pojechało ciężarówką zbierać eksponaty po okolicznych wsiach, pan Lewna wiedział co, kto, gdzie trzyma. Składali wszystko tu obok na trawę, bo to i z kurników było, w różnych miejscach, strasznie wyglądało. Następna ekipa to czyściła i na środek kościoła się tutaj to wszystko znosiło.

Stali tak w kościele, gdzie na środku złożone były przeróżne sprzęty, starocie. Trzeba było to teraz jakoś poustawiać. Czyli: zaplanować, zaprojektować wystawę.

– „No to od czego zaczniemy?” – zastanawialiśmy się – śmieje się pan Franciszek. – „A od gospodyni” – ktoś rzucił. I od izby. No to zrobiliśmy izbę gospodyni, później warsztaty gospodarzy.

Rzeczywiście po wejściu do kościoła służącego dziś za siedzibę muzeum, kierunek zwiedzania jest jeden: od prawej. Pierwsza po prawej stronie znajduje się przestrzeń pomyślana jako “izba gospodyni”.

Mówi pan Franciszek:

– Maszyna do szycia, posażna skrzynia, do takiej skrzyni musiała się spakować panna młoda, tak to kiedyś było… Kołyska, obok druga, malutka dla lalki, łóżko, krzesło dla chorego, tam szafa, tu szafa.

Przechodzimy kilka metrów. Kroki echem odbijają się od kościelnego sklepienia.

– A to już kuchnia. To jest wirówka do mleka. Specjalny przyrząd, składa się z takich oto talerzyków, mleko leciało i się rozdzielało, górą, szło chude mleko, dołem śmietana, lżejsze szło wyżej, cięższe niżej. To wszystko sprzed wojny, szwedzkiej produkcji. To pewnie była droga maszyna, najprawdopodobniej…

Szafy kuchenne, jedna, druga, trzecia. Foremki do masła, każda taka foremka to było pół kilograma masła, a jak się masło wyjmowało to miało ładny wzorek. Obok szewskie sprawy, to już raczej królestwo gospodarza, narzędzia stolarskie, wiertarka.

– A tu ze strychów pościągane piszczałki z organów w kościele.

– A to jest czerpak do pompy, tutaj był zaworek, jak to szło w dół, to leciała woda, a jak do góry to się zamykało.

– Tak. Wszystko kiedyś było takie zmyślne, bez elektryczności. Musiał być pomysł na to, jak ułatwić sobie pracę na wsi.

– A to do masła – klepane, kręcone…

– Magiel z dociskiem i bez.

– Kółka do przędzenia lnu i wełny, które szły na krosna, a tutaj krosno.

Pan Franciszek pokazuje, tłumaczy zasady działania. Dzieci słuchają. Zresztą dorośli również. Przyszli jacyś państwo, spytali czy mogą się dołączyć, usłyszeli, że tak, oczywiście.

– Odwiedza nas cały świat – opowiada pan Franciszek. Z Australii, z Afryki, Ameryki – Kanady. Dzwonią do mnie i otwieram im. Kiedyś latem dyżurowaliśmy codziennie do drugiej po południu. Ale czasami przychodziło dużo gości, a czasami jedna osoba przez cały tydzień, a czasami nikt. Później żeśmy pomyśleli że lepiej powiesić numer telefonu, to teraz dzwonią, a ja do muzeum z domu mam 80 metrów, wsiadam na rower, i już jestem.

Dwa lata temu przyszła pani redaktor z lokalnej gazety i przejrzała książkę pamiątkową wpisów, policzyła, że rocznie  przybywa 700 wpisów. Pan Franciszek jednak twierdzi, że odwiedzających jest znacznie więcej, nie każdy wpisuje się do księgi, a innej ewidencji nikt nie prowadzi.

– Mamy ponad tysiąc odwiedzających osób rocznie, dużo ponad…

Tymczasem – zwiedzamy dalej. Na ścianie kościoła, w miejscu, gdzie niegdyś zapewne stał ołtarz, powieszone zostały święte obrazki, wypłowiałe, takie, jakie pamiętamy z babcinych sypialni.

– Kupują ludzie stare chałupy, rozbierają je całe, stawiają nowe, a święte obrazy przynoszą tutaj, bo nie bardzo wiedzą co mają z nimi zrobić. Tak samo było z tamtymi szafami ubraniowymi, co stoją, o tam. Tak, ludzie jeszcze cały czas przynoszą różne rzeczy.

Pośrodku kościoła stoją w rzędzie betonowe słupy. Wystają pręty zbrojeniowe. Tak jakby zupełnie współczesny architekt miał jakiś zamiar wobec nobliwej przestrzeni zamkniętej w ewangelickich murach. Miał zamiar, ale go nie zrealizował.

– Tu nad nami miała być antresola, mieli tam zrobić bibliotekę. Nie wiem dlaczego, może pieniędzy zabrakło, na razie jest, jak widać. Remont zrobiono, dobrze, że wieżę zadaszono, bo od czasów powojennych nie miała dachu.

Kościół w Lipuszu wybudowano w 1865 roku. Pan Franciszek – jak się okazuje, zna się nie tylko na oddzielaniu mleka chudego od śmietany. Ma sporą wiedzę o historii Lipusza. Wiedzą tą chętnie się dzieli.

– Do Szwecji stąd daleko… A wtenczas, czyli w 1865 roku było tu około 500 ewangelików. Pastor z Kościerzyny poprosił królestwo Szwecji, i to oni właśnie ufundowali ten kościół. Dziś w we wsi ewangelików już nie ma, ostatni lipuski ewangelik zmarł miesiąc przed końcem wojny. To był Niemiec, właściciel majątku, nazywał się Emil Pirch. Miał jeszcze dwóch synów, ale nie pokazali się tutaj po wojnie…

W 1920 roku, kiedy ta część Kaszub znalazła się po polskiej stronie granicy, Emil Pirch postanowił pozostać na swojej ziemi. Kiedy w 1939 roku znowu nastały tu Niemcy, nie był z tego zadowolony.

– W czasie okupacji bardzo dużo, może setki, nie wiem, ale bardzo dużo ludzi wybronił od wywózki do obozów. Wszyscy tutejsi byli jego pracownikami, on zaświadczał, że potrzebni są na miejscu. Miał ponad 600 hektarów. Nie, nazistą nie był, wręcz przeciwnie. Nienawidził nazistów. Dziś wszyscy dobrze go w Lipuszu wspominają.

Pozostaje jeszcze kwestia, dlaczego jego dwaj synowie nigdy po wojnie tu nie przyjechali. Służyli w armii niemieckiej, walczyli na wschodnim froncie. Być może zginęli. Ale nawet jakby przeżyli, to musieliby się ukrywać, zaraz po wojnie na pewno by się tu nie pokazali.

– Chodzili w czarnych mundurach – mówi pan Franciszek.

Synowie nienawidzącego nazistów Emila Pircha, dziedzice lipuskich dóbr, wstąpili do SS.

Tymczasem – zwiedzamy dalej.

Drzewo, z którego ściągano żywicę – nacięte, z naczyniem. Plecónka czyli spiralna rynna do sortowania ziarna, cięższe leciało najpierw, lżejsze za nim. Maszyna do wydobywania ziemniaków – kopaczka.

– Armia Czerwona weszła na początku marca, ale wcześniej, pod koniec lutego Lipusz był bombardowany. Rosjanie namierzyli tu skład amunicji, bomboskład. I mieli rację, bo był bomboskład tu w lesie pod Kościerzyną. I chcieli go zniszczyć, ale Sasza im chyba źle coś podawał, bo tu byli partyzanci i źle ich naprowadzali. Na tą łąkę tutaj za kościołem spadły dwie bomby i od tego wstrząsu kościół pękł.

Rzeczywiście, pęknięcie jest wyraźnie widoczne.

– A nad nami był sufit, zbudowany z takich grubych desek. Wiem, bo przed remontem przyjechałem ze strażakami, rozstawili drabiny i weszliśmy na górę. A potem, po remoncie, jak już dostaliśmy klucze, sufitu już nie było. Podczas remontu zaginął nam sufit.

I dalej: długie sanie, którymi rybacy zimą wjeżdżali na zamarznięte jezioro, łapali ryby pod lodem i przewozili wszystek sprzęt.

Taczka do wywożenia torfu. Tutaj w okolicy suszyło się torf. Jak był ciepły maj do pół-czerwca, przed żniwami musiał być suchy, na łąkach się  go suszyło, przeważnie był rozdrabiany, a potem formowany. Potem na tej łące się go przewracało i piramidki się ustawało na pięć sztuk, a potem, jak się podsuszył, wyższe. Cegiełki się  z niego robiło. Po wysuszeniu był jak węgiel twardy. Wystarczyło na wieczór taką cegiełkę włożyć do kuchni, pod palenisko, to rano wystarczyło dmuchnąć – i już się paliło.

Stoimy już przy wyjściu, gdzie wisi fotografia Lipusza, na której widać dom Emila Pircha, jego domowników, służbę (chyba – sfotografowane kobiety maja na sobie fartuszki) a w tle nieistniejącą wieżę ewangelickiego kościoła.

Lipusz. Muzeum Gospodarstwa Wiejskiego. Dom Emila Pircha, w tle - kościół ewangelicki, siedziba dzisiejszego muzeum, jeszcze z wieżą. Źródło: Muzeum Gospodarstwa Wiejskiego w Lipuszu.

Lipusz. Muzeum Gospodarstwa Wiejskiego. Dom Emila Pircha, w tle – kościół ewangelicki, siedziba dzisiejszego muzeum, jeszcze z wieżą (ucierpiała w wyniku działań wojennych, nie została nigdy odbudowana). Źródło: Muzeum Gospodarstwa Wiejskiego w Lipuszu.

Ostatnia anegdota, na zakończenie wizyty:

– Tu się zrobił jarmark, jak ja tego myszołowa tu przyniosłem. Sąsiadka mi go dała, mówi, weź go tam, bo ja już w chałupie go nie chcę. Postawiłem go, trochę posprzątałem, wychodzę i tu nagle taki się jarmark zrobił! Wtedy to ja sobie dopiero uświadomiłem, że to przez niego… – pan Franciszek wskazuje na wypchanego drapieżnika.

No tak, trudno ukryć obecność skrzydlatych mieszkańców dawnego kościoła. Zostawiają po sobie gdzieniegdzie białe ślady.

Za chwilę się pożegnamy, sympatyczny kustosz zamknie drzwi, pozostawiając za nimi przedmioty będące świadkami katolicko-ewangelickiej historii Lipusza, Kaszub, Pomorza.

Gdy zatrzasną się ciężkie drzwi, wróble, mazurki, sroki i sikory, pozostawione swoim sprawom, dalej będą urządzać jarmarki w Muzeum Gospodarstwa Wiejskiego w Lipuszu.

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły