Kłanino. Drugie życie zabytku - Magazyn Kaszuby
Pałac w Kłaninie. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Kłanino. Drugie życie zabytku

Na pierwszy rzut oka nie wygląda okazale. Niski, jednopiętrowy budynek o piaskowym kolorze przypomina raczej pokaźny dom niż pałac.

Kłanino. To tu, długą lipową aleją zaprowadziły mnie „Wspomnienia” Gerharda Behrenda von Grassa. Sprowokowały do konfrontacji jego zapisków z rzeczywistością.

Pałac w Kłaninie. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Pałac w Kłaninie. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Leopold i Gerhard

Kłaniccy, Klińscy, Lobudzcy, Łątowscy, Janowscy, Ustarbowscy – dziś jednym tchem wymienia się polskich właścicieli dworu, którego historia sięga XVII wieku. Jak to często na Kaszubach bywało – w końcu majątek trafił do rodziny niemieckiej.

Ziemie te nabył w 1838 roku, rezydujący z rodziną w sąsiadującym Starzyńskim Dworze, Friedrich Gustaw von Grass. 21 lat później przekazał majątek swojemu synowi Leopoldowi von Grassowi, który mieszkał tam do śmierci w 1917 roku. Gdy umarła jego druga żona Anna (1937 r.) ziemie w Kłaninie odziedziczył Gerhard Behrend von Grass, przybrany syn Leo. W rzeczywistości Leo był wujem Gerharda (jego babcia Nelly von Grass była siostrą Leo), jednak po śmierci ojca został on adoptowany przez bezdzietne małżeństwo. Mimo że przez wiele lat mieszkała tam już tylko rodzina Gerharda, to najczęściej jako ostatniego właściciela wspomina się Leo von Grassa, który zbudował wokół majątku folwark i doprowadził posiadłość do rozkwitu.

To właśnie Gerhard Behrend von Grass jest autorem „Wspomnień”, które mają magiczną moc przyciągania do Kłanina w chmurne październikowe przedpołudnie. Arystokrata mieszkał tu do tragicznego dla Niemców 1945 roku.

Spirytusowa fortuna

Autor ”Wspomnień” tak opisuje majątek, który wkrótce miał odziedziczyć:

„Obszerny pałac był wypełniony po brzegi kosztownymi dziełami sztuki, które przez lata zgromadził z wielką pasją wujek Leo. Poza tym gleba była tam znakomitej jakości. Majątek miał korzystne położenie przy drodze przelotowej, w pobliżu przebiegała linia kolejowa, przy której Kłanino miało swoją własną stację”.

Dzięki projektom Leo von Grassa Kłanino było jednym z najlepiej rozwiniętych zespołów pałacowo-folwarcznych na przełomie XIX i XX wieku. Własnymi pomysłami modernizował gospodarkę – do dziś zachowały się jego patenty na maszyny rolnicze. Zbudował też wieżę ciśnień, która wciąż stoi za pałacem, stąd też posiadłość w Kłaninie jako jedna z nielicznych posiadała wodę w kranie. Funkcjonowała tam również cegielnia, którą Gerhard w okresie międzywojnia rozbudował. Wielu rybaków z półwyspu kupowało materiał pod budowę kwater i hoteli dla wczasowiczów.

Wojnę przetrwało całe założenie pałacowo-folwarczne.

– Kłanino zachowało się z większością budynków funkcjonalnych, które wchodziły w skład tego folwarku, czego nie możemy spotkać nigdzie indziej, w Rzucewie, Krokowej czy Sławutówku – mówi obecny właściciel pałacu, Mateusz Deling. – We wszystkich tych majątkach część przedwojennych budynków została zniszczona. Wiele pałaców również zostało spalonych bądź rozebranych. Często też budynki drewniane płonęły, bo były użytkowane w niewłaściwy sposób. A tu się zachowała całość: mamy folwark, oborę, stodoły, spichrze, budynki rządcówki, budynki pracownicze, bliźniaki pracownicze, całe założenie przetrwało w całości, niczego nie rozebrano, niczego nie zniszczono. W skali północnej Polski Kłanino jest ewenementem.

 

Fortuna, jakiej dorobił się Leopold von Grass, dzięki której powstał pałac w Kłaninie, nie wzięła się znikąd. Na przełomie XIX/XX wieku Leo von Grass był członkiem Izby Wyższej i jednym z najbogatszych właścicieli ziemskich. Dorobił się między innymi na sprzedaży spirytusu, dziś powiedzielibyśmy, że zajmował się lobbingiem. Jego przybrany syn tak pisze w swoich „Wspomnieniach”:

„Kariera wujka Leo rozpoczęła się na dobre w 1890 roku. Doprowadził do utworzenia spółki właścicieli gorzelni w Prusach i udało mu się w parlamencie zatwierdzić tzw. nowelę spirytusową. Wkrótce wybrano go na przewodniczącego Centrali Spirytusowej w Berlinie, a prowincja Prusy Zachodnie powołała go na prezydenta Prowincjalnego Landtagu. Zrezygnował z tej funkcji dopiero w wieku 80 lat”.

Dopływ gotówki oznaczał inwestycje w majątek. Opowiada Mateusz Deling:

– Leo von Grass swoje bogactwo mógł pokazać poprzez reprezentacyjność budynków. Miał jednak problem, bo ten dwór był już wybudowany i modernizacja czy przebudowa nie wchodziły w grę: raz, że by się nie opłacała, dwa, że tu i tak nie miał kto mieszkać (mieszkał tam tylko z żoną Anną – przyp. aut.). Zakupił więc w antykwariacie wyposażenie wówczas już dwustuletniej sieni gdańskiej – pomieszczenia reprezentacyjnego dla patrycjuszy gdańskich z przełomu XVII i XVIII wieku i zaadaptował ją u siebie w pałacu. Składała się ona ze schodów, szaf gdańskich, mebli, słupków.

Na ratunek schodom

Po zbombardowaniu Gdańska w czasie II Wojny Światowej z około trzydziestu tak zwanych sieni gdańskich nie przetrwała żadna, wszystkie spłonęły doszczętnie – tak przynajmniej sądzono. Jedynymi jakie się zachowały były dwie zakupione na przełomie XIX i XX wieku – w Kłaninie oraz sień w pałacu w Krzeszowicach pod Krakowem, nabyta w antykwariacie przez hrabinę Potocką.

Sprowadzona niegdyś przez Grassa sień została w 1970 roku uznana za zabytek, zdemontowana i przeniesiona z Kłanina do Domu Ławy obok dworu Artusa. Dziś możemy tam podziwiać między innymi oryginalne schody.

Hall pałacu w Kłaninie świecił pustką. Jednak dzisiaj widzimy tu imponujące schody. I nie jest to próba współczesnej rekonstrukcji, lecz zabytek „z epoki”.

Niemcy byli bardzo zapobiegliwi i w latach 1941-1945 postanowili ratować zabytki Gdańska przed bombardowaniami. W budynkach państwowych demontowano wyposażenie i ukrywano je w okolicznych kryptach i kościołach, między innymi na Żuławach, w Kościerzynie czy Kartuzach. Konserwator zabytków nie miał tej świadomości w latach siedemdziesiątych, bo dopiero w kolejnej dekadzie Wolfgang Deurer, syn Jakoba Deurera – architekta, który zajmował się dokumentacją zabytków Gdańska, oddał polskim władzom cały spis należący do ojca i poinformował, że takie zabytki jeszcze istnieją.

Mateusz Deling:

– Udało mi się pozyskać od konserwatora właśnie tę klatkę sieniową, a właściwie schody („sień gdańska” to ogólna nazwa pomieszczenia, na które składają się wszystkie elementy wyposażenia i dekoracji), którą w tej chwili w pałacu w Kłaninie na powrót zaadoptowaliśmy – opowiada Deling.

Owe schody znajdowały się przez 17 lat w siedzibie Nadbałtyckiego Centrum Kultury – w ratuszu staromiejskim w Gdańsku. Przestały niszczeć w wilgotnych podziemiach ratusza, znajdując sobie bardziej godne miejsce w pałacu w Kłaninie. Wcześniejsze ich losy nie są dokładnie znane – nie wiadomo, w jakim miejscu były przechowywane tuż po wojnie, gdyż nie zachowała się dokumentacja, która by to potwierdziła.

Nie ma wątpliwości – adaptacja zabytkowych schodów i odtworzenie sieni nadaje wnętrzu uroku i stanowi, tak jak przed dwustu laty, reprezentacyjne miejsce, które już od wejścia wprowadza odwiedzającego w niepowtarzalny klimat minionej epoki. Wyrzeźbione z niezwykłą starannością schody oraz witraże w oknach, tworzą z miło buzującym ogniem w kominku elegancką i przytulną zarazem atmosferę. Siadając w znajdujących się w holu fotelach ustawionych w ciepłym i przestronnym wnętrzu można dać się zwieść specyficznej atmosferze i czekać, aż wyłoni się za chwilę XIX – wieczny kamerdyner anonsujący nadchodzącego Leo von Grassa.

Z aukcji i antykwariatu

Jednak nie tylko schody stanowią dziś o wyjątkowości wnętrza pałacu w Kłaninie. Właściciel sprowadził również do sieni bogato zdobioną, imponującą, barokową szafę gdańską – zakupił ją na aukcji w Monachium kilka lat temu. Podziwiać można też oryginalne, niebiesko-białe kafle holenderskie – znajdują się na kominku oraz w klatce schodowej prowadzącej do piwnic. Kafle były kupowane w antykwariatach w Holandii a wykonane zostały na przełomach XVII i XVIII oraz XVIII i XIX wieku. W gablocie przy wejściu wyłożone są pamiątki po Grassach. Właściciel kupował je od lokalnych kolekcjonerów bądź też na aukcjach – nawet zagranicznych. Udało mu się między innymi zdobyć kilka XIX-wiecznych pocztówek adresowanych z Kłanina z podpisami byłego właściciela.

– Staraliśmy się odtworzyć bardzo wiernie wszystkie elementy wyposażenia, tak żeby ten pałac odzyskał dawną świetność. No i powiem szczerze, że praktycznie w stu procentach się to udało. Są oczywiście elementy, które trzeba było dorobić – część rzeźb jest wykonana współcześnie, ale na wzór oryginalny. Szafy, krzesła, sprzęty w pokojach hotelowych i restauracji, nawet meble na zapleczu pracowniczym – to są wszystko zabytki XIX-wieczne. Ten remont robiłem bardziej pod kątem historycznym niż użytkowym – opowiada właściciel kłanińskiego majątku Mateusz Deling.

I rzeczywiście, mimo że pałac funkcjonuje obecnie jako hotel, służy on zarówno do mieszkania jak i zwiedzania. Płynąca z niewidocznych głośników delikatna muzyka fortepianowa sprawia, że wejście w historyczne wnętrza nasyca odwiedzającego spokojem.

Powalony na kolana

Mateusz Deling nabył pałac w 2012 roku.

– Moje zainteresowanie historią, a jednocześnie chęć rozwoju firmy, zmusiły mnie do poszukiwania lokalizacji poza moim rodzinnym Władysławowem, gdzie nieruchomości są bardzo drogie. Trwało to dość krótko – zacząłem rozglądać się w maju 2012, a w październiku znalazłem ciekawe ogłoszenie na jednym z portali internetowych – był to pałac w Kłaninie. Gdy po raz pierwszy wszedłem do budynku, wiele witraży leżało potłuczonych na strychu a w dachach budynków ziały nawet pięciometrowe dziury.

Po wojnie mieściło się tu Państwowe Liceum Rolnicze, a od lat 90 budynek był nieużytkowany i niszczał przez kilkanaście lat. Zadanie było trudne – tym bardziej, że nie inwestowano nawet w bieżące sprawy, tak jak choćby remont dachu.

– Po pierwszej wizycie w środku ani wysoka cena, jak również fatalny stan ogólny całej nieruchomości nie był dla mnie problemem – “klimat” budynku niemalże powalił mnie na kolana. Dwa miesiące później doszło do podpisania wstępnej umowy – opowiada Deling.

Z żadnych form państwowej pomocy na ratowanie zabytków Mateusz Deling nie korzystał – cała renowacja została zrealizowana z własnych środków.

Ślady po kulach

Niewielki park pałacowy założony przez von Grassów również został dość dobrze zachowany. Istniejąca tu niegdyś szkoła rolnicza opiekowała się zabytkową roślinnością. Dbano o ogród, przeprowadzając akcje grabienia liści czy konserwacji drzew, dzięki temu udało się zachować wiele gatunków egzotycznych. Znajduje się tu osiem drzew sadzonych na przełomie XIX i XX wieku, mających w tej chwili po 130-135 lat. Są to jedne z największych i najpiękniejszych okazów jakie zostały zachowane w Polsce. Między innymi klon japoński, żywotnikowiec japoński czy lipa Moltkego, która jest bardzo rzadkim okazem.

Na szczególną uwagę zasługuje stojąca w głębi parku altana pamiętająca czasy pruskich właścicieli. Znajduje się jeszcze w trakcie remontu, ale można już podziwiać ażurowy szczyt drewnianej konstrukcji. We wnętrzu zachowały się dziury po kulach, prawdopodobnie zostawione przez strzelających dla zabawy Rosjan, którzy wkroczyli do dworu w 1945 roku.

Jest to najbardziej urzekające miejsce ogrodu. Działa na wyobraźnię: poranne słońce, promienie przedzierające się przez konary drzew, aromatyczna herbatka i siedzący tu arystokraci. I strzały czerwonoarmistów.

 

Niezupełnie zapomniany cmentarz

Miejsce pochówku rodziny von Grassów znajduje się niedaleko ich dawnej posiadłości w Starzyńskim Dworze. Niełatwo do niego dotrzeć. Idąc od strony pozostałych zabudowań nie napotkamy żadnych znaków. Trzeba zdać się na instynkt zachowując w pamięci strzęp informacji, że groby są „gdzieś w lesie”.

Szłam polną drogą (oznaczoną jako ścieżka rowerowa) mając po prawej stronie stawy a po lewej kaplicę. Dochodząc do ściany lasu zobaczyłam dość wyraźną leśną drogę na wprost oraz ledwie widoczną ścieżkę po lewej stronie znajdującą się za drewnianym szlabanem. „Jeśli to nie tu, to wracam” – pomyślałam, omijając drewnianą zaporę, jednocześnie drżąc z zimna i (przyznaję) trochę ze strachu, bo ścieżka nie wyglądała zachęcająco. Ale to było trafiona decyzja – po przejściu kilkudziesięciu metrów zza drzew zaczęło się wyłaniać mauzoleum von Grassów.

Kłanino. Mauzoleum von Grassów. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Starzyński Dwór. Mauzoleum von Grassów. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Na niewielkiej polanie stoi kaplica, w której znajdują się szczątki rodziców Leo von Grassa – wcześniej wspominanego Friedricha Gustawa i jego żony Berty Luizy. Obok na cmentarzu znajduje się pięć grobów: Leo von Grassa, jego pierwszej żony Luise, Nelly Behrend – siostry Leo a babki Gerharda, Anny – drugiej żony Leo oraz Heinza – brata autora „Wspomnień”, który zginął na początku I Wojny Światowej. Całość sprawia wrażenie zapomnianego miejsca, choć widać, że ktoś zadbał o to, by tablice nagrobkowe były w jednym kawałku oraz postawił (raczej dość dawno) kilka zniczy.

Kłanino. Cmentarz z grobami von Grassów. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Starzyński Dwór. Cmentarz z grobami von Grassów. Fot. Zuzanna Musik/Magazyn Kaszuby

Kamerdyner” na Warmii

Dwa miesiące temu na łamach Magazynu Kaszuby ukazał się artykuł o filmie „Kamerdyner”, którego akcja rozgrywa się w pałacu w Kłaninie. Pierwsza, kręcona z takim rozmachem epicka kaszubska opowieść filmowa ma wejść na ekrany kin pod koniec przyszłego roku. Jednak ekranizacja historii niemiecko-kaszubskiej miłości będzie ukazywała wnętrze dworu w Łężanach na Warmii. Producenci podkreślali, że nie udało im się znaleźć oryginalnie zachowanego wnętrza na Kaszubach. To dość zaskakująca informacja, zważywszy, że pałac w Kłaninie – świeżo odremontowany mógłby w filmie „zagrać samego siebie”.

– Pałac odwiedziła ekipa filmowa, tylko że było to dosyć dawno, jeszcze przed remontem pałacu, i to mogło ich odstraszyć. Widzieli budynek, który był w dosyć mocnym stopniu zniszczony, zdaje się oglądali to w 2012 może 2013 roku, a my remonty przeprowadzaliśmy na przełomie lat 2013-2015, czyli dopiero po ich wizycie. Informowałem ich o nadchodzących pracach, jednak widocznie nie mieli woli sprawdzenia i zweryfikowania swoich wcześniejszych informacji i nie doszło między nami do kontaktu. Podejrzewam, że umówili się na plany zdjęciowe gdzieś indziej i nie było sensu tu wracać. Ale myślę, że nie będzie to ostatni film o Kaszubach – podsumowuje właściciel pałacu w Kłaninie.

***

Dojazd do pałacu w Kłaninie, lokalizacja na mapie, numer telefonu – sprawdź w PRZEWODNIKU MAGAZYNU KASZUBY

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły