Pomyślunki w Lasach Mirachowskich. Di Caprio, Wehrmacht i Zuzanna - Magazyn Kaszuby
Lasy Mirachowskie
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Pomyślunki w Lasach Mirachowskich. Di Caprio, Wehrmacht i Zuzanna

Dla przypomnienia: POMYŚLUNEK to myśl taka, co hasa od Sasa do lasa. Pomyślunki najczęściej zdarzają się podczas wędrówek.

***

Nie ma to jak zgubić się w Lasach Mirachowskich. Trudno o bardziej dogodną dla wszelkich pomyślunków okoliczność.

Samochód zostawiłem na leśnym parkingu przy wąskiej asfaltówce przecinającej Lasy Mirachowskie (zwane ponoć niegdyś Puszczą Mirachowską) z zachodu na wschód. To droga prowadząca z Kamienicy Królewskiej do leśnictwa Mirachowo.

Postanowiłem, że „zaatakuję” punkt widokowy – z wybudowanym tarasem na Górze Zamkowej, ale nie od strony, Kamienickiego Młyna, tylko od południowego wschodu, od tegoż właśnie parkingu leśnego, na którym zostawiłem auto.

Lasy Mirachowskie

Lasy Mirachowskie, Źródło: www.eko-kapio.pl

Wysiadłszy więc z samochodu chwyciłem raźno kompas i zabrałem się do wyznaczania azymutu. Od lat już tego nie robiłem, ale dawna nauka nie poszła w las, w mig mi się poprzypominało – i stwierdziłem, że mniej więcej (!) w tym samym kierunku, w którym mam iść, wiedzie wygodna ścieżka. Raźno ruszyłem do przodu rozglądając się za śmierdzącymi, rozkładającymi się zwłokami czarnego psa.

Są w życiu momenty, których się nie zapomina. To może być pierwszy pocałunek na szczycie Wieży Eiffla albo widok wodospadu Niagara o zachodzie słońca. To może być również rozdziawiona buzia sześcioletniego synka, wieczorem po zmroku, zasłuchanego w odgłosy nocy rozbrzmiewającej na łące przed domem, i w legendę o czarnym psie. Tak, to chyba ulubiona legenda mojego syna. Niełatwo go wystraszyć bajaniem o leśnych straszydłach. Tym razem jednak sam miałem ciarki, jak czytałem mu o psim demonie z Lasów Mirachowskich.

Czarny pies spędza dnie pod postacią rozkładających się zwłok. Pełno much dokoła, jak zeznają świadkowie, którzy go widzieli – w ścierwie lęgną się białe obleśne larwy.

Nocą ścierwo ożywa.

Był jeden taki leśniczy, co szedł do wsi, przed wieczorem znalazł takie zwłoki. Potem – już po zmroku, wracał tą samą drogą, gdy zauważył jakiś cień. Z początku – rzecz jasna, pomyślał że to wilk, nawet oddał strzał w jego kierunku. Nie wiedział, biedaczek, że demona kule się nie imają.

Po chwili już leżał przygnieciony ciężarem zwierza. To mogło wyglądać trochę tak, jak słynna scena ze „Zjawy”, w której Leonardo Di Caprio leży pod niedźwiedziem. Misio zastanawia się, czy rozłupać głowę wczesnoamerykańskiemu traperowi.

"Zjawa" - kadr z filmu

“Zjawa” – kadr z filmu

Nasz myśliwy, leżąc pod psem w stylu amerykańskiego gwiazdora, próbuje w tym momencie sięgnąć po strzelbę, która mu się wymsknęła niechcący. Nie odrywając wzroku od kłów bestii, które ma przed nosem, chwyta w końcu swoją dwururkę, pociąga za spust i… I nic. Teraz już nie ma wątpliwości co do nadnaturalnej natury psiaka.

Który nagle postanowił zrezygnować z kolacji. Zeskoczył z klatki piersiowej myśliwego i czmychnął w krzaki. Myśliwy zaś otrząsnął się ze ściółki i z szoku i…

Zaczął się ciekawie rozglądać wokół. Znajdował się w średniowiecznym grodzie. Obok niego przechodzili mieszkańcy Lasów Mirachowskich z czasów króla Ćwieczka. Nie widzieli dziewiętnastowiecznego myśliwego, który był dla nich niewidocznym duchem.

Fot. T. Słomczyński

Po chwili wszystko znikło, leśniczy – myśliwy wrócił do domu, a na połajanki ze strony żony, że tak późno wrócił, odpowiedział: „i tak nie uwierzysz”. Miał rację, nie uwierzyła. Nic dziwnego, nikt by nie uwierzył.

Rozmyślając o czarnym psie przenoszącym w czasie zapomniałem spoglądać na kompas radośnie krocząc sobie po ścieżkach, nie zaważając na kierunek. I okazało się, że właśnie kierowałem się w kierunku dokładnie odwrotnym od zamierzonego.

Zrobiłem całkiem spore półkole dochodząc do asfaltówki, z której zaczynałem spacer.

Teraz, zorientowawszy się, gdzie jestem, obrałem kierunek północny, i z mocnym postanowieniem poprawy, ruszyłem stronę jeziora Junno.

Na miejscu byłem po kwadransie. Zszedłem stromą skarpą w dół, obszedłem jezioro skrajem lasu zostawiając je po lewej, zachodniej stronie. Doszedłem do szerokiej drogi gruntowej – mniej więcej na wysokości osady Kamienica Młyn. Tu już przywitały mnie szerokie drewniane tablice informacyjne ze strzałkami: „Góra Zamkowa”.

Po drodze, zanim wyszedłem z lasu. miałem jeszcze jeden pomyślunek. Zobaczyłem, jak jakieś wściekłe mrówki rozprawiają się z żukiem. W naszych lasach najczęściej występują trzy gatunki żuków: gnojarz, leśny i wiosenny. Niestety nie potrafię ich rozpoznawać, więc mogę przyjąć, że był to jeden z nich. Mrówki zaś były „czerwone”. Za dzieciaka jasne było, że czerwone mrówki gryzą, czarne – nie. Te gryzły go wściekle. Wchodziły mu na pancerz, jak komandosi w straceńczej misji, inne ciągnęły za odnóża, za czułki. Był wobec nich totalnie bezbronny, mógł tylko uciekać, ale przecież one były od niego znacznie szybsze.

Postanowiłem mu nie pomagać. Mógłbym co prawda wziąć go w palce, strząsnąć z niego rozbójniczki i odrzucić w krzaki. Uratowałbym mu życie. Ale wyszedłem z założenia, że natura powinna rozstrzygać tego typu sytuacje po swojemu. Trudno, jeśli musi zginać w męczarniach, poszatkowany mrówczymi aparatami gębowymi typu gryzącego, to niech tak się stanie.

Widok beznadziejnej walki przywiódł mi na myśl zupełnie inny pomyślunek, mianowicie taki:

Był rok 1943 albo 1944. Partyzanckie bunkry w Lasach Mirachowskich były ukryte w kilku miejscach – w Bąckiej Hucie, Mojuszewskiej Hucie, Łączyńskiej Hucie. Nad jeziorem Lubygość znajdował się ten, którego nazwano „Ptasia Wola”. Dziś znajduje się tam rekonstrukcja ziemnej budowli. Choć jest niewielka i raczej mało spektakularna, dobrze że jest. Daje mozliwość przekonania się, jak wyglądała partyzancka codzienność (ciemna nora w lesie, brud, wszy, zimno).

24 września 1943 roku partyzanci przebywający w „Ptasiej Woli” zostali zaskoczeni przez Niemców. Rozpętało się piekło. „Leśni” byli w beznadziejnej sytuacji, w okrążeniu. Musieli próbować przebić się by ratować życie. Wielu wówczas zginęło. Dwóm z nich udało się wyrwać z okrążenia. Reszta zginęła albo dostała się do niemieckiej niewoli. Wiadomo, jak wyglądała taka „niewola”. Przesłuchania na Gestapo w Gdańsku, potem egzekucja w ciemnej piwnicy albo obóz koncentracyjny Stutthof. Albo – jak w przypadku Johanna Ohsa, śmierć przez rozstrzelanie w ówczesnym Królewcu. Młody chłopak pisał tuż przed egzekucją:

„Kochany Ojcze! Piszę do Ciebie ostatni list w słowach pozdrawiając Cię jeszcze słowami. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Piszę w tej ostatniej godzinie życia módlcie się za moją duszę, pozdrów ode mnie moich braci i siostry, ja idę z Bogiem na drugi świat i czuję się szczęśliwy, do spowiedzi i komunii i sakramentów świętych zostałem zaopatrzony. Niech wam nie jest ciężko, że ja tak młody muszę umierać, idę do swojej wieczności na drugi świat, na pewno będę miał już teraz spokój. Kończę mój ostatni list do Ciebie przeze mnie pisany, twój syn Johann, napisz do moich braci że zakończyłem życie w Bogu o godzinie 3 po południu 10.I.1944, mam jeszcze czasu pół godziny zostańcie z Bogiem.”

I jeszcze taki pomyślunek: dlaczego w ogólnonarodowym obiegu jest świadomość, że Kaszubi służyli w Wehrmachcie? Wiadomo – tę rewelację do tegoż obiegu wprowadził polityk mieniący się być dziennikarzem, obecny prezes TVP. Jakoś niespecjalnie podkreślił fakt, że byli wcielani, wbrew swojej woli, a w razie odmowy skazywali swoje rodziny na pobyt w obozie Stutthof. Ale dlaczego nie ma w tym samym, ogólnonarodowym obiegu informacji o Gryfie Pomorskim – organizacji, w szeregach której Kaszubi (i nie tylko Kaszubi) oddawali życie za Ojczyznę? Niestety – mam wrażenie, że z Kaszubami ciągle bardziej kojarzy się Wehrmacht niż Gryf Pomorski.

Może należałoby – w ramach odkłamywania historii, zdjąć już akcent z żołnierzy wyklętych, a postawić go przy innych, równie „trudnych” tematach. Mam tu na myśli losy mieszkańców całego Pomorza.

Tak oto docieram do podnóża Góry Zamkowej, choć z zupełnie innej strony, niż planowałem.

Jest tu parking, na parkingu stoi tablica, na tablicy zaznaczono rożne ścieżki prowadzące na górę. Wybieram tą, która została określona jako „stroma”.

Oj, rzeczywiście jest stroma. Płuca idzie wypluć. Ale na szczęście – mordęga trwa tylko chwilę. Podobno na Górze Zamkowej stał kiedyś zamek, panem na włościach był tam zły możnowładca, który kazał swojej służącej – Zuzannie, nosić wodę na piechotę. Właśnie tą stromą ścieżką? Zuzanna się, mówiąc oględnie, zdenerwowała i przeklęła swojego pana i jego zamek, który w efekcie zapadł się pod ziemię. Zuzanna do dziś błąka się po tutejszych lasach. Czyżby za karę? Gdybym mógł w tej sprawie przeprowadzić dziennikarską interwencję, niechybnie bym to uczynił, próbując doprowadzić do abolicji Zuzanny. Słusznie zdenerwowała się na swojego pana – sadystę. Ja pod Zamkową Górę wdrapałem się bez wiadra wody. Jakby mi ktoś kazał je tu wnosić, kląłbym jak szewc.

Z góry widok jest całkiem sympatyczny – z platformy zbudowanej na tarasie można podziwiać jeziora Junno, Białe i Czarne. Ale z pewnością nie zalicza się do pierwszej piątki moich ulubionych kaszubskich landszaftów.

Powrót z kompasem do parkingu to już tylko formalność. Po dziesięciu minutach odpalam silnik i ruszam do domu.

Lasy Mirachowskie są piękne. Staram się w swoich artykułach unikać przymiotników tak jednoznacznie wartościujących, tego też uczę  adeptów rzemiosła dziennikarskiego. Ale w tym przypadku nie mogę się powstrzymać – po prostu takie są – bory sosnowe zamieniają się w świerkowe, lasy bukowe w brzeziny, brzeziny – w bory sosnowe. Ech…

Lasy Mirachowskie

Lasy Mirachowskie Fot. T. Słomczyński

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły