Koń to żywa istota. To nie wypełniacz czasu - Magazyn Kaszuby
Tomasz Słomczyński Tomasz Słomczyński
Redaktor Naczelny
t.slomczynski@magazynkaszuby.pl

Koń to żywa istota. To nie wypełniacz czasu

Beatę Smolarską można spotkać w Zielonej Bramie w Przywidzu niemal codziennie. Nic dziwnego, pracuje jako instruktor jeździectwa i od roku ma swoją stajnię. Jest najlepszym przykładem, że w okolicach czterdziestki można wywrócić na opak swoje życie. Wywrócić – na lepsze.

Początki: zawsze można spróbować

– Zawsze, od dziecka marzyłam żeby mieć swojego konia i na nim jeździć. Zaczęło się od mojej córki – Roksany, z którą przyjechaliśmy tutaj, do Przywidza. Wykupiliśmy jej pierwsze lekcje jazdy konnej i ja też się na to zdecydowałam. To było pięć lat temu.

Ile miałaś lat jak zaczęłaś jeździć konno?

(śmiech)

– Na pewno chcesz wiedzieć?

– Tak.

– Trzydzieści pięć.

– Czyli nigdy nie jest za późno?

– W każdym wieku można spróbować.

– Ale nie każdy zostaje instruktorem.

– Zaczęłam od podstaw. Na początku jeździłam rekreacyjnie. Później zaczęłam skakać – to już było coś więcej. Stwierdziłam, że pójdę zrobić kurs… Zrobiłam kurs instruktora. Jeździłam w różnych stajniach żeby nabrać doświadczenia. Wtedy jeszcze nie miałam swojej stajni. Po kursie stwierdziliśmy z mężem, że spróbujemy otworzyć swoją stajnię.

Marcin, mąż Beaty i ojciec Roksany nie jeździ konno, ale jak mówi – koń to drugi, zaraz po psie, przyjaciel człowieka. Również i jego można spotkać w ich stajni. Pomaga żonie i córce. Teraz wspomina:

– Pierwszy konik dla Roksany, drugi konik dla Beaty, a później już stajnia… Zaczynaliśmy od trzech koni, potem informacje rozchodziły się pocztą pantoflową, ludzie zaczęli dostrzegać, że nam to wszystko jakoś wychodzi, i teraz mamy pięć koni do rekreacji i dwa konie sportowe.

Pytam Beaty:

– A co robiłaś wcześniej?

– Pracowałam w firmie z mężem. Komputer, papierkowa robota.

Wolta w żargonie jeździeckim oznacza figurę, w trakcie której jeździec siedząc w pełnym siadzie wykonuje okrąg. Tu, w Przywidzu na maneżu, gdy pada hasło „wolta”, jeźdźcy zawracają konie.

– Tak, to była nasza życiowa wolta – przyznają Beata i Marcin. I widać po nich, że są z niej zadowoleni i dumni.

Beata i Marcin przed wejściem do swojej stajni

Beata i Marcin przed wejściem do swojej stajni. Fot. Tomasz Słomczyński

Tora i Roksana

Jednak najbardziej dumni są ze swojej córki, Roksany. Przygodę z jeździectwem zaczęła miesiąc wcześniej niż jej mama. Dziś odnosi kolejne sukcesy sportowe. Nawet laik, który patrzy na jej trening na maneżu w Przywidzu, nie ma wątpliwości – to zupełnie inna jakość porozumienia człowieka i konia niż w przypadku pozostałych jeźdźców. Jakby nastolatkę i Torę łączyła jakaś niewidzialna nić.

Roksana ma dziś trzecią klasę sportową i trenuje ze znanym w Polsce trenerem, Grzegorzem Psiukiem.

Na swoim profilu na Facebooku opowiada o sobie, o Torze i o jeździectwie.

Szybko zyskuje popularność – profil ma ponad trzy tysiące tzw. polubień.

Kilka lat temu Roksana zaczynała przygodę z jeździectwem sportowym. Miała wówczas nieodpowiedniego konia. Szukała więc…

Tora urodziła się przed laty w Przywidzu. Tu zaczynała pracować dla ludzi. Jej losy tak się potoczyły, że trafiła do gospodarza na wieś. Stamtąd została odkupiona – z powrotem do Przywidza. Pracowała jako koń służący do jazd rekreacyjnych.

Roksana szukała tego, co znajdowało się zupełnie blisko. Wsiadła na Torę i okazało się, że to jest to!

Dziś razem z ukochaną przez siebie klaczą zdobywa kolejne medale. Zaś Tora została nestorką stajni Torado, której nazwa wzięła się od jej imienia.

Roksana na Torze. Fot. Archiwum prywatne

 

Coś więcej niż sport

Beata nie ma ambicji, żeby trenować zawodników, jeźdźców sportowych. Nie, ona uczy raczej podstaw – i tego, co jak mówi, jest absolutnie najważniejsze.

Beata: – Obecnie jest taka moda, żeby traktować lekcje jazdy jak wypełniacz czasu dla dzieci, jak lekcje dżudo i gry na pianinie. Niektórzy przyjeżdżają do nas i chcą mieć konia gotowego, a po lekcji schodzą z konia i wsiadają do samochodu, szybko jadą do domu. U mnie czegoś takiego nie ma. U mnie trzeba przyjechać godzinę albo pół godziny wcześniej, konia wyczyścić, ubrać i być z nim jakiś czas. To samo jest po jeździe, jeździec musi rozebrać i wyczyścić konia, a jeśli jest ostatni, również go umyć jak jest ciepło, i wyprowadzić na pastwisko. Dla mnie najważniejsze jest, żeby konie traktować jak członka rodziny. Chcę w dzieciakach szkolić umiejętności jeździeckie, ale przede wszystkim – i to jest najważniejsze, chce w nich rozbudzić miłość do koni i jeździectwa. Bo to nie jest tylko sport. To coś znacznie więcej.

Marcin: – To, że dzieci traktują przedmiotowo takie sprawy, jak jeżdżenie na koniu, wynika z tego, jak są wychowywane przez rodziców. Wszystko zaplanowane co do minuty… My w naszej stajni sami nalegamy, żeby dzieci przyjechały wcześniej, zostały dłużej, poprzytulały się do konia, pokarmiły go. Żeby zobaczyły, że to jest żywa istota, która też ma uczucia. I potrafi je okazać.

Marcin chwilę się zastanawia iw końcu podejmuje decyzję, żeby powiedzieć, co myśli:

– Większość stajni używa koni jak żywej skarbonki, maszynki do zarabiania pieniędzy.

Na maneżu w Przywidzu. Fot. Tomasz Słomczyński

Biznes? Z takim podejściem?

Zaczęli w niełatwym okresie – w lipcu, szybko nadszedł koniec wakacji i sezon jesienno-zimowy.

– Ale udało się, jestem zadowolona bo zdobywam już stałych klientów, jest ich coraz więcej, mam też coraz więcej koni i jakoś dajemy radę – przyznaje Beata.

Marcin zaś mówi, że będą proponować klientom nie tylko godzinną jazdę, ale też rajdy – chodzi o turystykę konną.

– Chcemy przedstawić alternatywę dla ludzi przyjeżdżających na Kaszuby. Nie tylko rekreacja na maneżu lub wokół stajni. Też rekreacja w terenie. Chcemy pokazywać Kaszuby z siodła, piękne jeziora, piękne lasy. We dwie, trzy osoby….

W ten sposób nie zarobicie. Weźcie na taki rajd dziesięć, piętnaście osób…

– Ale nam o kasę nie chodzi. Ważniejsze dla nas jest, żeby pokazać ludziom, jak wspaniałymi zwierzętami są konie.

– To jak wasza stajnia się utrzymuje? Finansuje się sama?

– Cały czas, oprócz stajni, prowadzimy firmę rodzinną, która nie ma nic wspólnego z jeździectwem, branża: tworzywa sztuczne. Dlatego możemy sobie na taką stajnię pozwolić. Taką, w której konie pracują dziennie trzy, maksymalnie cztery godziny, nie zaś pięć czy sześć, jak gdzie indziej. Ja rozumiem, że konie muszą na siebie zarobić. Tylko niech zarabiają w godnych warunkach. Trzeba im dawać czas na odpoczynek. Koń też musi mieć chwilę relaksu. Konie nam się w ten sposób odwdzięczają – są chętne do pracy, słuchają się, wykonują polecenia. A jeśli chodzi o stronę biznesową całego przedsięwzięcia… Przy naszej polityce nie dalibyśmy rady się z tego utrzymać. Dokładamy do interesu.

Marcin nie wygląda na zmartwionego tym faktem, przeciwnie – śmieje się.

– Nam chodzi o satysfakcję – dla nas, dla koni i dla klientów. Prowadzimy kameralną stajnię i stawiamy na jakość, a nie na ilość.

I tak już zostanie

Marcina i Beatą proszę o podsumowanie ostatnich pięciu lat życia.

Marcin: – Kompletnie zmieniliśmy nasze życie w wieku 35 lat. Wcześniej podróże zagraniczne, zimą Egipt, latem Chorwacja, spędzaliśmy czas ze znajomymi. Teraz – stajnia.

Beata: – Będę to robić już do emerytury, ja to wiem, ja to czuję. I bardzo bym chciała żeby po mnie stajnię przejęła moja córka. Zresztą wszystko wskazuje na to, że tak się stanie. Jej kariera sportowa się rozwija.

– Będziesz staruszką z laseczką i jeszcze będziesz wsiadać na konia?

– Oczywiście, że tak!

***

Stajnia TORADO
83-047 Przywidz, ul. Gdańska 26, tel. 502 506 004
e-mail: beata@stajniatorado.pl

Strona internetowa stajni:TUTAJ

Beata i Marcin na ławce przed stajnią. Fot. Tomasz Słomczyński

 

 

 

 

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły