Mory w Kłosowie - Magazyn Kaszuby

Mory w Kłosowie

Tekst: Janusz Mamelski

Boguś wrócił do chałupy, zaryglował drzwi i zwalił się ciężko na posłanie. Był potwornie zmęczony.

– Co to jest? – myślał. – Przecieżem jeszcze młody! Łońskiego roku tak się nie męczyłem. Czy to jaka choroba mnie naszła, abo co? Ani mnie chęci do popitki, ani do kobitki. Ledwo zwlekę się dodom a już nachodzi mnie spanie. Nawet robota tak nie idzie jak łoni. Co ze mną? – pogrążony w takich myślach czuł, jak ogarnia go błogość, jak opuszczają go resztki sił, ciało przyobleka się w lekkość, jakby go ktoś kołysał do snu, w uszach cicho rozbrzmiewa słodka, delikatna muzyka, niczym szum lasu i świergot skowronka. Zdawało mu się, że ktoś go głaszcze, jakaś delikatna dłoń dotyka pozwijanych w gęste loki włosów. Ten ktoś siedzi obok i pochyla się nad nim tkliwie, a pachnące wiosną włosy z czułością pieszczą jego twarz. W takim nastroju zasnął, tak jak leżał, nierozebrany, nieumyty.

Jeszcze zimą troszczyła się o niego matka. Czekała z wieczerzą, narychtowała wody do mycia, przyszykowała posłanie. Wieczorem pogwarzyli, opowiadał, jak mu szło w lesie, w robocie, gdzie rąbali, ile drewna, dla kogo. Podzielił się nowinami, jakie przynieśli drwale z innych wiosek. Czasem matka poszła do kogoś i dowiedziała się nowości. Zawsze to we dwoje było inaczej. Nawet gdy w sobotę wieczorem, albo w niedzielę po mszy wyruszał do karczmy, matka przypilnowała, wyprała, wyprasowała niedzielne ubranie, doradzała, jak trzeba obchodzić się z kobietami.

Sen był dalszym ciągiem wieczornego widzenia. Leżał obok tej cudnej dziewczyny na leśnej polanie. Wokoło wiosna tętniła nowym życiem, wszędzie czuć było intensywny zapach żywicy, drzewa ciągnęły swe soki by wyżywić jasnozielone listki. Wśród mchów kolorami mieniły się leśne kwiaty. Ptaki wprost oszalały, prześcigały się w świergotach, bez opamiętania, w szale miłosnych uniesień. Słońce intensywnie ogrzewało młode, jędrne ciała. Czuł się niezmiernie szczęśliwy.

sexy-woman-408472_1280

Źródło: pixabay

Obudził się koło północy. Z błogiego nastroju wieczoru nie pozostało ani śladu. Był zlany potem, zimny i drżał na całym ciele. Bał się. Z niemałym trudem usiadł na posłaniu.

– Znowu to samo – wyszeptał. Czuł jeszcze ciężar na piersiach i z trudem łapał oddech. Oparł się obiema rękoma o siennik i próbował głęboko oddychać. Powoli zaczął się uspokajać, wracał miarowy, równy oddech. Po chwili mógł już wstać i otworzyć okno. Poczuł chłód majowej nocy. Na niebie księżyc świecił jasno, ale i tak widać było mnóstwo gwiazd. Pochlapał sobie twarz wodą z cebrzyka, zdjął ubranie i wsunął się pod skóry. Coś drapało go w policzek.

– Kłos żyta? Skąd się tu wziął? – zastanawiał się Bogusław. – Wczoraj go wyrzuciłem w kąt izby.

Ponownie chwycił go palcami i tym razem wyrzucił za okno. Zdawało mu się, że usłyszał jakiś cichy jęk, ale nie miał już siły wstawać.

– Jutro niedziela, na szczęście można pospać nieco dłużej – pomyślał i znowu usnął.

Niewyspany i bardziej zmęczony niż wczoraj w niedzielne przedpołudnie wlókł się do Przodkowa, do kościoła. Pogrążony w rozmyślaniach nawet nie spostrzegł, jak znalazł się wewnątrz świątyni. W drodze powrotnej, choć niechętnie, zahaczył jednak o karczmę. Przed wejściem kręciła się grupka dziewcząt.

– Boguś! Tak dawno cię nie widziałam!

– A, to ty, Mirka. Miło cię widzieć.

– Odprowadzisz mnie? Rodzice już pojechali furmanką.

– Czekałaś tu na mnie?

– Nie. Coś ty. A właściwie tak.

– Nigdy nie umiałaś kłamać. Odprowadzę cię, ale nie licz na nic więcej.

-Czemu ty dla mnie jesteś taki niedobry? Czy ja jakaś straszna jestem, czy co? No powiedz! Boguś!

– A daj mi spokój! Czego ty chcesz ode mnie? Uparłaś się na mnie, nie wiem dlaczego. Mało to kawalerów wokoło?

– Boguś!

– Coś źle wyglądasz. Zmizerniałaś tak jakoś…

– To przez ciebie… Boguś…

– Wiesz co? Idź se dalej sama. Ja lepiej już wrócę do kumpli – powiedział zniecierpliwiony i odszedł. Po chwili Mirka krzyknęła za nim:

– A moja matka chrzestna była morą!

Boguś znieruchomiał, ale po chwili ruszył dalej. Mirka stała jeszcze długo, wpatrując się w jego postać znikającą w pyle drogi.

– Boguś. To wszystko przez ciebie – mówiła cicho. – Ty też zmizerniałeś. Wybacz mi proszę, ale to jest silniejsze ode mnie…

Boguś cały czas myślał o tym, co na końcu powiedziała Mirka.

– Po co ona mi takie rzeczy gada? O co jej znowu idzie? – zastanawiał się.

Gdy wracał z karczmy, postanowił odwiedzić starą ciotkę Bożenę.

– Tak mówią. Znikła nagle, nigdy się nie wyjaśniło jak. Ale potem morzenie ustało. To było ledwie rok po chrzcinach Mirki.

– Po co ona mi to powiedziała? – pytał Boguś.

– Może chciała ci… Sypiasz dobrze? Coś nie wyglądasz najlepiej – ciotka zaczęła mu się uważniej przyglądać. Rozmawiali do późna. Gdy wracał do domu, było już ciemno. Szedł prawie po omacku, bo noc tym razem była pochmurna, a księżyc pewnie jeszcze nawet nie wzeszedł.

– To wszystko przez tą moją nieśmiałość do kobiet – myślał po drodze. – A ona też, dlaczego mi się naprzykrza? Przez to mi obrzydła. Choć w gruncie rzeczy… jest niczego sobie.

Nagle zawrócił i skierował swe kroki wprost do domu Mirki.

– Mirka jest? – zapytał zdziwionego ojca na progu.

– A ty co tak po nocy? Jest, ale chyba już śpi. Zaraz zobaczę – odparł gospodarz i ruszył w stronę jej izby, a Boguś za nim.

– A ty tu czego? – oburzył się ojciec, gdy spostrzegł kawalera za sobą.

– Ciiii, bo ją obudzicie – uspokajał Boguś. Mirka leżała zwinięta w kłębek, nogi podkurczone, szybki, nierówny oddech, pot na czole, pięści mocno zaciśnięte.

– Nerwowa jakaś – powiedział zmartwiony ojciec. – Źle sypia. Często płacze. Jeszcze mi się dziewczę zmarnuje.

Boguś stał jak skamieniały i wpatrywał się w śpiącą Mirkę. Takiej jej jeszcze nigdy nie widział. Nagle zrobiło mu się jej żal. Zaczął się w nim budzić męski instynkt opiekuńczy. Przypominał sobie, ile razy, niby przypadkiem, spotykał ją w różnych miejscach, jak życzliwie spoglądała na niego oczyma pełnymi nadziei, jak potem odchodziła odtrącona, skulona w sobie jak niechciany pies. I to zawsze przez niego. Miał teraz ochotę do niej podejść i przytulić, pocieszyć, obronić ją przed tym, przed czym tak drżała. Powstrzymywała go tylko obecność ojca. Nagle wszystko zrozumiał. Lód w jego sercu stopniał do reszty, wreszcie i tam nastała ciepła wiosna.

– Jak ja ci to wynagrodzę? Jak to naprawię? – szeptał.

– Co tam mówisz? – zapytał ojciec.

– Nie, nic. A dalibyście mi ją?

– Że jak? – nie dowierzał swym uszom starzec.

– Proszę Was o jej rękę.

– A mało to ona się nacierpiała przez ciebie? Co to za żarty? Jak chcesz się zabawić, to nie jej kosztem! Choć stary jestem, to jeszcze umiałbym ci złoić skórę…

– Kiedy ja naprawdę…

– Wynocha mi z chałupy! Napił się piwa i pcha mi się do łóżka dziewczyny! Do domu, już! Pora na ciebie!

– Od teraz będzie inaczej! Zobaczycie! Ja jej pomogę! – krzyczał Boguś jeszcze za progiem. – Zobaczycie! – i pędem poleciał do chałupy.

Jak wszedł do izby, szybko zaryglował drzwi, sprawdził, czy okna są dobrze pozamykane, zapalił wszystkie pochodnie i zaczął szukać. Na posłaniu leżał żytni kłos.

– Jest! Ciotka miała rację! Zobaczymy, co będzie dalej – gorączkowo wyrzucał z siebie słowa. Kłosem zatkał dziurkę w zamku, odetchnął i położył się na legowisku. Szybko naszła go błoga senność, tak samo jak poprzedniego wieczora.

sexy-woman-408471_1280

Źródło: pixabay

Tej nocy rozpoznał w kobiecie na leśnej polanie Mirkę. Rozmawiali:

– To ty? – pytał Boguś.

– Zawsze to byłam ja.

– Dlaczego cię nie poznałem?

– Nie chciałeś na mnie patrzeć. Twój wzrok był skierowany gdzie indziej.

– Czekałaś?

– Czekałam. Długo czekałam…, aż to przyszło do mnie… i kazało…, ale ja nie chciałam…

Dalej Boguś nic nie pamięta. Obudził się znowu z braku tchu. Na piersiach i na szyi czuł ogromny ucisk. Sapał głośno, a spod drzwi dobiegało go inne sapanie. Zapalił łuczywo. Przed progiem siedziała skulona Mirka. Boguś powoli zbliżał się do niej.

– Zostaw mnie! – krzyknęła. – Nie podchodź!

– Nie bój się. Ja już wiem. To nie twoja wina. Nic ci nie zrobię.

– Wypuść mnie stąd! Słyszysz! Wypuść mnie!

– Nie. Tego nie zrobię. Zostaniesz tu ze mną. Na zawsze. Już nie będziesz morą. Pobierzemy się. Chcesz? – zapytał wyciągając do niej rękę.

– Chcę – powiedziała cicho. – Dobrze wiesz, że zawsze chciałam. Ale nie z litości. Nie potrzebna mi twoja litość!

– To nie litość, Mirka, ja cię kocham. Bałem się tego…, uciekałem, aż do wczoraj. Teraz już będzie dobrze, zobaczysz… – chwyciła go ostrożnie za rękę, trwożliwie się podniosła i pozwoliła przytulić. Ciągle jeszcze się bała, wciąż nie mogła uwierzyć, była podejrzliwa, tyle razy ją odpychano, tyle razy raniono…

Boguś dotrzymał słowa, wkrótce się pobrali i żyli szczęśliwie. Morzenie ustało, a Mirka była wzorową żoną i matką, albowiem szybko doczekali się sporej gromadki pociech. We drzwiach domu zawsze mieli wetknięte kłosy. Po kilkudziesięciu latach wokół ich chaty stało kilka innych. Tak powstała nowa wioska, którą wszyscy nazywali Kłosowo. Ta nazwa pozostała do dziś, choć mało kto pamięta, dlaczego.

Legenda pochodzi z książki:

Janusz Mamelski, „Bursztynowy skarb. Legendy z serca Kaszub”, Wydawnictwo Region, 2010.

bursztynowy-skarb-legendy-z-serca-kaszub

To również cię zainteresuje...

Najnowsze Artykuły